Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 122 881 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Do wakacji zostało:

Ankieta

W wakacje:



Witaj! Jeśli SZUKASZ pomocy w: -języku polskim; -języku angielskim; -historii; -języku francuskim itp. TO TEN BLOG JEST DLA CIEBIE! - WIELE materiałów NIEZBĘDNYCH do matury; - LICZNE artykuły o szkole, maturze, sposobach nauki; - propozycje ROZWIĄZAŃ zadań DOMOWYCH; - SZLIFOWANIE języka angielskiego; - wypracowania; - referaty; -opracowania lekcji. PONAD 402000 WEJŚĆ! ZAPRASZAM KAŻDEGO DNIA! ODKRYJMY PIĘKNO NAUKI!

Język polski- lektura z pozytywizmu- "Lalka" Bolesława Prusa- problematyka i streszczenie.

niedziela, 03 października 2010 18:10
Skocz do komentarzy

   

Autor: Bolesław Prus (właściwie Aleksander Głowacki; 1847 - 1912).

Tytuł: Lalka (tytuł pochodzi od epizodu kradzieży lalki i związanego z nim procesu sądowego, o którym autor dowiedział się z notatki prasowej).

Czas i miejsce powstania utworu: pierwotnie powieść była publikowana cyklicznie w odcinkach w warszawskim Kurierze Codziennym od 29 września 1887 do 24 maja 1889 roku i podlegała wówczas ingerencjom cenzury (to właśnie przez represyjną działalność cenzury carskiej Prus musiał zmienić pierwotną wersję odcinka początkowego pierwszego tomu pierwszego - Pierwsze ostrzeżenie).

Data pierwszego wydania: wersja książkowa ukazała się w Warszawie w 1890 roku.

Epoka literacka: pozytywizm.

Rodzaj literacki: epika.

Gatunek literacki: powieść, czyli w ówczesnych czasach nowożytnych podstawowy gatunek epicki, oparty na narracji, przedmiotem której był świat przedstawiony (bohaterowie oraz wydarzenia, przebiegające w określonym czasie i przestrzeni i tworzące fabułę).

„Lalka"- streszczenie szczegółowe

TOM I

Rozdział I : Jak wygląda firma J. Mincel i S. Wokulski przez szkło butelek

Na początku 1878 roku świat nękały liczne problemy. Ludzie zastanawiali się nad: „pokojem san-stefańskim, wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny". Kupcy warszawscy oraz okoliczna inteligencja interesowali się przyszłością galanteryjnego sklepu pod firmą J.Mincel i S.Wokulski, położonego na Krakowskim Przedmieściu.

W każdy wieczór w renomowanej jadłodajni zbierali się „właściciele składów bielizny i składów win, fabrykanci powozów i kapeluszy, poważni ojcowie rodzin utrzymujący się z własnych funduszów i posiadacze kamienic bez zajęcia" i rozmawiali zarówno na temat polityki jak o przyszłości sklepu. Byli wśród nich ajent handlowy Szprot, fabrykant powozów pan Deklewski oraz radca Węgrowicz. Czas upływał im na rozmowie o Wokulskim. Snuli domysły, dlaczego porzucił sklep (na szczęście dobrze prosperujący pod opieką i zarządem przyjaciela „tego wariata" - Ignacego Rzeckiego) i wyjechał na wojnę turecką, biorąc gotówkę po zmarłej żonie.

Radca zaczął opowiadać o swojej osiemnastoletniej znajomości z Wokulskim. Znał go od 1860 roku, gdy Stanisław był subiektem u Hopfera i miał wówczas nieco ponad dwadzieścia lat. Radca wspominał, iż młodzieniec w dzień pracował przy bufecie (w handlu winami i delikatesami), w nocy zaś pilnie się uczył: „Zachciało mu się być uczonym!...". Uczęszczał najpierw do Szkoły Przygotowawczej, a po pomyślnie zdanych egzaminach końcowych do Szkoły Głównej, którą rzucił po roku nauki i wyjechał do Irkucka. W 1870 roku wrócił do Warszawy z niewielkim funduszem: „Przez pół roku szukał zajęcia, z daleka omijając handle korzenne, których po dziś dzień nienawidzi, aż nareszcie przy protekcji swego dzisiejszego dysponenta, Rzeckiego, wkręcił się do sklepu Minclowej, która akurat została wdową, i - w rok potem ożenił się z babą grubo starszą od niego".

Radca opowiadał jak półtora roku temu, po czterech latach małżeństwa, Minclowa zmarła, zostawiając mężowi sklep i trzydzieści tysięcy rubli w gotówce (na tę sumę pracowały dwa pokolenia Minclów): „Ten jednak, wariat, rzucił wszystko i pojechał robić interesa na wojnie. Milionów mu się zachciało czy kiego diabła!".

Sklepem pod nieobecność nowego właściciela zarządzał Rzecki: „Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, ani nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłaby go od upadku, gdyby nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki".

Rozdział II: Rządy starego subiekta

Ignacy Rzecki od dwudziestu pięciu lat mieszkał w pokoiku przy sklepie, który przez ten czas kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Zajmował ponure mieszkanko z oknem wychodzącym na podwórze, z widokiem na mur stojącego naprzeciwko domu. Umeblowanie pokoiku było liche: skromny stół, krzesła, żelazne łóżko, a nad nim wisząca dubeltówka (nigdy nieużywana). Poza tym można było dostrzec stojące w kącie pudło z gitarą, kanapę, blaszaną miednicę pod piecem oraz starą szafę.

„Równie jak pokój, nie zmieniły się od ćwierć wieku zwyczaje pana Ignacego": budził się o szóstej rano, ubierał, wypuszczał swego starego psa imieniem Ir na podwórze, by pół godziny później otworzyć tylne drzwi sklepu. O szóstej trzydzieści wraz ze służącym Piotrem, do obowiązków którego należało zamiatanie podłogi, wchodził do swojego miejsca pracy. Po tych czynnościach Rzecki zapisywał w notesie plan dnia. Przeglądał towary w gablotach (spinki, rękawiczki, albumy i tym podobne przedmioty), by punktualnie o godzinie ósmej otworzyć drzwi wejściowe sklepu.

Siadał wówczas w kantorku przy oknie, gdzie mieściło się jego stanowisko pracy. W sklepie prócz starego subiekta pracowało jeszcze trzech mężczyzn.

Tego dnia pierwszy przyszedł pan Klejn (mizerny, o posiniałych ustach), pracujący na stanowisku przy sprzedaży porcelany. Drugim subiektem był pan Lisiecki, który po przyjściu wdał się w dyskusję z Rzeckim. Około dziewiątej spóźniony wbiegł trzeci subiekt, pan Mraczewski (blondynek z wąsikami), tłumacząc pośpiesznie powody spóźnienia.

Rozpoczął się codzienny ruch w sklepie. Od razu dało się zauważyć, iż najlepsze podejście do klientów i dar przekonywania do zakupu towarów miał Mraczewski. Sprzedał kalosze klientowi, choć ten za bardzo ich nie potrzebował.

Około trzynastej codziennie Rzecki zdawał kasę Lisieckiemu, ponieważ miał do niego pełne zaufanie i szedł do swego pokoju zjeść obiad przyniesiony z restauracji. Razem z nim na przerwę wychodził Klejn. Wracali około czternastej, a wówczas na przerwę wychodzili Lisiecki z Mraczewskim. Musieli wrócić przed piętnastą. O dwudziestej zamykano sklep. Rzecki podliczał wtedy dzienny utarg i robił plany na następny dzień pracy.

Nigdy zbyt daleko nie oddalał się myślami od swych wyuczonych obowiązków. Nawet w niedzielę wymyślał plany wystaw okiennych: „W jego pojęciu okna nie tylko streszczały zasoby sklepu, ale jeszcze powinny były zwracać uwagę przechodniów bądź najmodniejszym towarem, bądź pięknym ułożeniem, bądź figlem. Prawe okno przeznaczone dla galanterii zbytkownych mieściło zwykle jakiś brąz, porcelanową wazę, całą zastawę buduarowego stolika, dokoła których ustawiały się albumy, lichtarze, portmonety, wachlarze, w towarzystwie lasek, parasoli i niezliczonej ilości drobnych a eleganckich przedmiotów. W lewym znowu oknie, napełnionym okazami krawatów, rękawiczek, kaloszy i perfum, miejsce środkowe zajmowały zabawki, najczęściej poruszające się".

Lubił czasami wystawiać na stół sklepowe zabawki, by po nakręceniu ich wszystkich równocześnie, oddawać się chwili radości i wspomnień z dzieciństwa. Nie pozwalał sobie na to jednak zbyt często, a jeżeli już, to po chwili uciechy, zezłoszczony na chwilę zapomnienia, szybko chował zabawki z powrotem na półki: "Głupstwo handel... głupstwo polityka... głupstwo podróż do Turcji... głupstwo całe życie, którego początku nie pamiętamy, a końca nie znamy... Gdzież prawda?... ".

Z domu wychodził rzadko. Wolny czas wolał poświęcać na leżenie na łóżku i wpatrywanie się w swoje zakratowane okno. Mógł tak leżeć godzinami: „Lecz im mniej wychodził, tym częściej marzył o jakiejś dalekiej podróży na wieś lub za granicę. Coraz częściej spotykał we snach zielone pola i ciemne bory, po których błąkałby się, przypominając sobie młode czasy. Powoli zbudziła się w nim głucha tęsknota do tych krajobrazów, więc postanowił, natychmiast po powrocie Wokulskiego, wyjechać gdzieś na całe lato". Nie mając kompana do rozmowy „(...)w największym sekrecie pisywał pamiętnik", skarbiec jego wszystkich przemyśleń.

Rozdział III: Pamiętnik starego subiekta

Ojciec Rzeckiego w młodości był żołnierzem, a na starość pracował jako woźny w Komisji Spraw Wewnętrznych. Przez całe życie był bardzo sprawny i wyprostowany: „Trzymał się prosto jak sztaba, miał nieduże faworyty i wąs do góry; szyję okręcał czarną chustką i nosił srebrny kolczyk w uchu". Pan Ignacy wraz z nim i jego siostrą mieszkał w dwóch maleńkich i skromnych pokoikach na Starym Mieście. Ciotka była praczką, a ojciec, chcąc wykorzystać maksymalnie czas, zajmował się klejeniem kopert. Poświęcał również siły na edukację jedynego syna, którego nauczył pisać, czytać, a także wpoił mu musztrę. Niejednokrotnie nawet w nocy budził chłopca, każąc się gimnastykować: „Dobrze to pamiętam, gdyż ojciec komenderując: "Pół obrotu na prawo!" albo "Lewe ramię naprzód - marsz!...", ciągnął mnie w odpowiednim kierunku za ogon tego ubrania".

Pan Ignacy wspominał pokój ciotki, w którym wisiały obrazy świętych. U ojca z kolei to portrety Napoleona zdobiły szare wnętrze czterech ścian: „Był tam jeden Napoleon w Egipcie, drugi pod Wagram, trzeci pod Austerlitz, czwarty pod Moskwą, piąty w dniu koronacji, szósty w apoteozie". Starszy pan wpoił synowi fascynację wybitnym Francuzem. Do mieszkania rodziny Rzeckich przychodziło często dwóch kolegów głowy rodziny: pan Domański (także woźny) i pan Raczek (miał stragan z zieleniną): „Prości to byli ludzie (nawet pan Domański trochę lubił anyżówkę), ale roztropni politycy". Jak nietrudno się domyślić, cel ich wizyt był zawsze taki sam - nieustanne rozmowy o wybitnym francuskim cesarzu.

Około 1840 roku ojciec pana Ignacego zaczął opadać z sił i wkrótce umarł. Na łożu śmierci pożegnał syna słowami: „Pamiętaj!... wszystko pamiętaj...". Po paru miesiącach od tej bolesnej straty koledzy ojca wraz z siostrą nieboszczyka radzili się nad losem autora pamiętnika. Pan Domański proponował zabranie chłopca do swoich biur (na stanowisko pomocnika woźnego). Także pan Raczek był gotów wziąć go do siebie.

Gdy zapytali Ignacego o jego zdanie, wyznał, iż „ciągnie" go sklepu Mincla na Podwalu, aby uczyć się rzemiosła kupieckiego. Wszyscy zgodzili się na tę propozycję, uradzając przy tym, iż ciotka poślubi pana Raczka.

Kupiec Mincel zgodził się przyjąć ucznia do siebie w zamian za wikt i opierunek. „I tak się to zaczęło..." Rzecki wspomina, iż sklep Niemca zawsze mu się podobał, ilekroć ciotka go po coś do niego wysyłała: „biegłem po sprawunki i patrzyłem na okna wystawowe". Choć był to sklep kolonialno-galanteryjno-mydlarski, to jego wnętrze było ponure. Prócz Ignacego pracowało tam dwóch krewnych właściciela: trzydziestokilkuletni Franc Mincel („dostawał" od starego za palenie fajki w sklepie) oraz Jan Mincel (ten z kolei obrywał za podkradanie kolorowego papieru, na którym pisał miłosne liściki do kobiet). Rzecki wspomina, iż sam również został ukarany dyscyplinką: „Franc odmierzył jakiejś kobiecie za dziesięć groszy rodzynków. Widząc, że jedno ziarno upadło na kontuar (stary miał w tej chwili oczy zamknięte), podniosłem je nieznacznie i zjadłem. Chciałem właśnie wyjąć pestkę, która wcisnęła się mi między zęby, gdy uczułem na plecach coś jakby mocne dotknięcie rozpalonego żelaza".

Kolejnym pracownikiem sklepu był August Katz, który obsługiwał stanowisko mydlarskie „Mizerny ten człeczyna odznaczał się niezwykłą punktualnością. Najraniej przychodził do roboty, krajał mydło i ważył krochmal jak automat; jadł, co mu podano, w najciemniejszym kącie sklepu, prawie wstydząc się tego, że doświadcza ludzkich potrzeb".

Rzecki oddawał się wspomnieniom swej pierwszej pracy: „Wstawałem rano o piątej, myłem się i zamiatałem sklep. O szóstej otwierałem główne drzwi tudzież okiennicę. W tej chwili, gdzieś z ulicy zjawiał się August Katz, zdejmował surdut, kładł fartuch i milcząc stawał między beczką mydła szarego a kolumną ułożoną z cegiełek mydła żółtego. Potem drzwiami od podwórka wbiegał stary Mincel mrucząc: Morgen!, poprawiał szlafmycę, dobywał z szuflady księgę, wciskał się w fotel i parę razy ciągnął za sznurek kozaka. Dopiero po nim ukazywał się Jan Mincel i ucałowawszy stryja w rękę, stawał za swoim kontuarem, na którym podczas lata łapał muchy, a w zimie kreślił palcem albo pięścią jakieś figury. Franca zwykle sprowadzano do sklepu (...)".

Rano najczęściej klientami byli służący lub biedacy. O ósmej, wraz ze służącą, przychodziła do sklepu matka starego Mincla, przynosząc pracownikom kosz bułek i kawę. Również ją musieli całować w rękę. Dopiero po śniadaniu w sklepie robił się ruch. Po południu przychodzili klienci lepiej ubrani i bardziej zamożni. Stary Mincel był fanatykiem pracy: nawet w niedzielę przesiadywał w sklepie. Wówczas to opowiadał Ignacemu tajniki sztuki kupieckiej i sprzedawanych towarów. Rzecki z sympatią wspominał swojego pierwszego pracodawcę: „Na każdą Wigilię Mincel obdarowywał nas prezentami". Miesięcznym wynagrodzeniem młodego ucznia było dziesięć złotych, z których musiał się wyliczyć przed Niemcem, i powiedzieć, ile zaoszczędził.

W 1846 roku handel w sklepie nieco osłabł, wówczas to w końcu pełnoprawnym subiektem został Ignacy Rzecki. Po incydencie z wybiciem sklepowej szyby, o który policja podejrzewała właściciela, Niemiec zaczął słabnąć, chudnąć. Po krótkim czasie umarł w fotelu oparty o książkę handlową. Przez kilka lat po śmierci stryja sklep prowadzili Minclowie.

W 1850 roku Franc został na miejscu (na Podwalu) z towarami kolonialnymi, a Jan z galanterią przeniósł się do sklepu na Krakowskie Przedmieście (którym w czasie akcji powieści kieruje Ignacy Rzecki). Autor pamiętnika na jego kartach wyjaśnił genezę zajmowania obecnego sklepu: Wokulski ożenił się z wdową po Janie Minclu, a po jej śmierci odziedziczył majątek Niemców wraz ze sklepem.

Rozdział IV: Powrót

W deszczowe i śnieżne, niedzielne popołudnie Ignacy Rzecki grał na gitarze i rozmyślał nad rychłym powrotem Wokulskiego. Miał nadzieję, że przyjaciel przejmie od niego dobrze prosperujący sklep wraz ze wszystkimi skrupulatnie prowadzonymi rachunkami, a on wówczas wyjedzie po dwudziestu pięciu latach na wysłużony urlop. Rozmyślania przerwał mu nagły szmer dochodzący z sieni. Po chwili otworzyły się drzwi i stanął w nich Stanisław Wokulski.

Rzecki dopiero po dłuższej chwili rozpoznał druha: „- Staś... jak mi Bóg miły!...Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a nareszcie oparłszy na jego ostrzyżonej głowie swoją dłoń wykonywa nią taki ruch, jakby mu chciał maść wetrzeć w okolicę ciemienia". Jego serce wypełniało szczęście z niespodziewanego powrotu wojaka. Po szybkim przygotowaniu poczęstunku mężczyźni zaczęli rozmawiać o wojnie i o polityce. Wokulski wyznał, iż to dzięki trwającemu konfliktowi zbrojnemu wzbogacił się, a dokładnie dzięki bogatemu wspólnikowi i celnym inwestycjom. Podkreślił, iż wszystko robił uczciwie i że jego pieniądze nie są naznaczone oszustwem: „- Nie bój się - ciągnął Wokulski. - Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko, bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspólnika i że kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż mój kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruchu. - No - dodał po chwili - miałem też szalone szczęście... Jak gracz, któremu dziesięć razy z rzędu wychodzi ten sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiąc stawiałem cały majątek, a co dzień życie".

Poinformował przyjaciela o swoich planach: miał zamiar rozszerzyć sklep oraz, by odciążyć Ignacego, zatrudnić dwóch subiektów. Prócz tego opowiadał o trudach i cierpieniach przeżytych na wojnie, wśród których najtrudniejsza do zniesienia była samotność i tęsknota za ojczyzną: „- Nie masz pojęcia, co ja wycierpiałem, oddalony od wszystkich, niepewny, czy już kogo zobaczę, tak strasznie samotny. Bo widzisz, najgorszą samotnością nie jest ta, która otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie wyniósł ani cieplejszego spojrzenia, ani serdecznego słówka, ani nawet iskry nadziei...".

Ogarnęła go tam dziwna choroba, przejawiająca się „bólem duszy", doskwierającym mu do tego stopnia, iż chciało mu się „wyć" z bólu. To było powodem jego ciężkiej pracy i w konsekwencji poprawienia stanu swoich funduszy: robił rachunki, odbierał towary... Ta praca była ucieczką przed samym sobą, przed zwariowaniem: „Ale gdym oderwał się od interesów, a nawet gdym na chwilę złożył pióro, czułem ból, jakby mi - czy ty rozumiesz, Ignacy ? - jakby mi ziarno piasku wpadło do serca. Bywało, chodzę, jem, rozmawiam, myślę przytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy, nawet śmieję się i jestem wesół, a mimo to czuję jakieś tępe ukłucie, jakiś drobny niepokój, jakąś nieskończenie małą obawę. Ten stan chroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność rozdmuchiwała w burzę. Drzewo znajomej formy, jakiś obdarty pagórek, kolor obłoku, przelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego zresztą powodu budził we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od ludzi. Szukałem ustroni tak pustej, gdzie bym mógł upaść na ziemię i nie podsłuchany przez nikogo, wyć z bólu jak pies."

Wokulski wyjechał, mając trzydzieści tysięcy rubli, a powrócił z... dwustu pięćdziesięcioma (z tego część w złocie).

Rzecki powoli dostrzegał zmiany, które zaszły w „Stasiu" wskutek wojny: „- Boję się twojej trzeźwości, pod wpływem której gadasz jak wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?...". W pewnej chwili Wokulski zapytał o niejakiego Łęckiego, na co przyjaciel poinformował, iż to bankrut i w tym roku jego kamienica, w której zajmował ogromne mieszkanie, zostanie zlicytowana. Nie zapomniał także o tym, iż mężczyzna wraz ze swą córką miał w ich sklepie otwarty kredyt.

Ignacy wziął klucze i obaj udali się do sklepu. Stanisław był zachwycony i zdziwiony widokiem, który ujrzał. Półki uginały się pod ilością luksusowych towarów. Przeglądając księgę dłużników właściciel sklepu wyczytał, iż choć wspominany Tomasz Łęcki ma dług wynoszący sto czterdzieści tysięcy rubli, to ostatnio jego córka Izabela powiększył go zakupem portmonetki. Zaczął wypytywać Ignacego o szczegóły tej wizyty. Po powrocie do pokoju służący Piotr przyniósł mężczyznom obiad.

Rozdział V: Demokratyzacja pana i marzenia panny z towarzystwa

Tomasz Łęcki zajmował wielkie ośmiopokojowe mieszkanie w ładnej kamienicy. Pięknie je urządził bogatymi meblami, a całość uzupełniały różne ciekawe drobiazgi. Mieszkał z córką Izabelą i kuzynką, panną Florentyną, kamerdynerem Mikołajem, jego żoną - kucharką i służącą Anusią. Każdy, kto ich odwiedzał, zachwycał się subtelnością wystroju mieszkania: „Kto tu wszedł, miał swobodę ruchu; nie potrzebował lękać się, że mu coś zastąpi drogę lub że on coś zepsuje. Czekając na gospodarza nie nudził się, otaczały go bowiem rzeczy, które warto było oglądać. Zarazem widok przedmiotów, wyrobionych nie wczoraj i mogących służyć kilku pokoleniom, nastrajał go na jakiś ton uroczysty".

Tomasz Łęcki pochodził z rodziny, w której było kilku senatorów, a ojciec posiadał kiedyś miliony, pochłonięte później wydarzeniami politycznymi i podróżami. Pan Tomasz bywał kiedyś nawet na dworach: francuskim, wiedeńskim i włoskim, a przez jego dom przewijała się ówczesna śmietanka towarzyska. Córka wśród kandydatów starających się o jej rękę mogła przebierać: „Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę". Tak było kiedyś...

W obecnej chwili, gdy rozeszła się już wieść o bankructwie Łęckich, ludzie przestali ich zapraszać, a nawet odwiedzać. Pan Tomasz utrzymywał już tylko kontakty z rodziną, a córka odwiedzała jedynie hrabinę Karolową.

Izabela Łęcka była piękną kobietą, wychowaną w komfortowych warunkach, sypiającą w puchach, mającą wszystko, o czym mogła zamarzyć. Podróżowała po świecie, jadała ze srebrnych talerzy. Każde jej życzenie czy marzenie było spełniane od razu. Zamykając się w świecie luksusu i zachcianek, nie znała prawdziwych realiów życia: „Dla niej nie istniały pory roku, tylko wiekuista wiosna, pełna łagodnego światła, żywych kwiatów i woni. Nie istniały pory dnia, gdyż nieraz przez całe miesiące kładła się spać o ósmej rano, a jadała obiad o drugiej po północy. Nie istniały różnice położeń jeograficznych, gdyż w Paryżu, Wiedniu, Rzymie, Berlinie czy Londynie znajdowali się ci sami ludzie, te same obyczaje, te same sprzęty, a nawet te same potrawy: zupy z wodorostów Oceanu Spokojnego, ostrygi z Morza Północnego, ryby z Atlantyku albo z Morza Śródziemnego, zwierzyna ze wszystkich krajów, owoce ze wszystkich części świata. Dla niej nie istniała nawet siła ciężkości, gdyż krzesła jej podsuwano, talerze podawano, ją samą na ulicy wieziono, na schody wprowadzano, na góry wnoszono".

Od czasu, gdy dowiedziała się od hrabiny Karolowej o złej sytuacji ojca, o jego bankructwie, długach wekslowych oraz licytacji kamienicy była bardzo wystraszona. Sytuacji nie poprawiał fakt, iż hrabina ciągle wypominała dziewczynie, iż ta nie wyszła dotychczas za mąż i w ten sposób nie pomogła ojcu: „Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem, no - ale... Gdyby nasze obowiązki były do spełnienia łatwe, nie istniałaby zasługa. Zresztą, mój Boże, któż nam broni mieć na dnie duszy jakiś ideał, o którym myśl osładza najcięższe chwile ? Na koniec, mogę cię zapewnić, że położenie pięknej kobiety, mającej starego męża, nie należy do najgorszych. Wszyscy interesują się nią, mówią o niej, składają hołdy jej poświęceniu, a znowu stary mąż jest mniej wymagający od męża w średnim wieku...".

Piętnowana i oskarżana Łęcka próbowała się tłumaczyć, ale do hrabiny żadne argumenty nie trafiały. W końcu poinformowała Izabelę, że długi wekslowe jej ojca ktoś wykupił, o co panna Łęcka posądzała swą ciotkę, hrabinę Krzeszowską.

Rozdział VI: W jaki sposób nowi ludzie ukazują się nad starymi horyzontami

W kwietniowe popołudnie panna Izabela czytała powieść Zoli „Une page d'amour", lecz nie mogła się skupić na treści, ponieważ wciąż myślała o serwisie i srebrach, które były u jubilera, czekając na nowego nabywcę: „Panna Izabela czuje ściśnięcie serca za serwisem i srebrami, lecz doznaje niejakiej ulgi na myśl o kweście i nowej toalecie. Może mieć bardzo piękną, ale jaką?...".

Rozmyślania przerwało wejście panny Florentyny, niosącej list od hrabiny Karolowej, ciotki Łęckiej, która proponowała wykup srebra za trzy tysiące rubli: „(...) proponuję ci więc, jeżeli zgodzisz się, trzy tysiące rubli pożyczki na zastaw wspomnianego serwisu i sreber. Sądzę, że dziś wygodniej będzie im u mnie, gdy ojciec twój znajduje się w takich kłopotach. Odebrać je będziesz mogła, kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci nawet bez zwracania pożyczki" oraz informowała, że Wokulski ofiarował jej tysiąc rubli na ochronkę dla dzieci. W dalszej części listu ciotka chwaliła tego człowieka: „Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym demokratką." Choć Izabela domyślała się trudnego położenia swej rodziny, to jej duma nie pozwalała pogodzić się z nową sytuacją.

Podczas obiadu jej ojciec opowiadał o Wokulskim, zachwycając się jego majętnością i zacnością. Izabela przypomniała sobie, iż poznała „tego kupca" kilka dni temu w sklepie. Zrobił wówczas na niej złe wrażenie swoimi bardzo czerwonymi dłońmi, których widok wywołał w niej obrzydzenie. Po obiedzie panna Łęcka otrzymała drugi list od ciotki (hrabina przepraszała za propozycję w sprawie sreber oraz donosiła, iż Wokulski zaofiarował kolejną sumę wspomagającą jej działalność dobroczynną - zobowiązał się pokryć koszty odrestaurowania i wystroju grobu w kościele). Po lekturze w Łęckiej zrodziła się pogarda i zniecierpliwienie dla poczynań tego człowieka. Poszła się położyć, ponieważ nie mogła już wysłuchiwać samych pochwał na temat Wokulskiego.

Z rozmowy z ojcem dowiedziała się także, iż to właśnie Stanisław wykupił ich srebra oraz jego weksle. Tomasz wygadał się jeszcze, iż wygrywa w karty z kupcem, co wzbudziło w pannie pewność, że Wokulski specjalnie daje się ogrywać. Doszła do wniosku, że mężczyzna ją osacza i że próbuje wkraść się, poprzez planowane z nią małżeństwo, do sfery arystokracji. Słuchanie o jego dobroci bardzo ją oburzało, posądzała go o złe zamiary.

Gardziła nim, mimo iż prócz kilkusekundowego spotkania, nie znała go lepiej: „- Nic znasz tych ludzi [pokroju Wokulskiego], a ja widziałam ich przy pracy. W ich rękach stalowe szyny zwijają się jak wstążki. To straszni ludzie. Oni dla swoich celów umieją poruszyć wszystkie siły ziemskie, jakich my nawet nie znamy. Oni potrafią łamać, usidlać, płaszczyć się, wszystko ryzykować, nawet - cierpliwie czekać...". Łęcka uświadomiła sobie, iż zawsze wzbudzali w niej odrazę ludzie żebrzący na ulicy, co jest dowodem braku współczucia dla biednych i wywodzących się spoza jej sfery.

Rozdział VII: Gołąb wychodzi na spotkanie węża

W Wielką Środę o jedenastej rano panna Izabela z Florentyną pojechały powozem do sklepu Stanisława Wokulskiego. Obok starego budynku był budowany nowy, dużo większy i Łęcka pomyślała, że to dla niej Wokulski go buduje, że chce ją tym kupić. W sklepie poprosiła pana Mraczewskiego o pomoc w wyborze rękawiczek. Po dokonanym zakupie podeszła do kantorku, w który pracował właściciel i z wielką pogardą spojrzała na Wokulskiego, pytając o zakupione srebra Łęckich. Otrzymawszy odpowiedzi na nurtujące ją pytania, wraz z Florentyną opuściła pomieszczenie.

Wokulski był zdziwiony, a jednocześnie rozczarowany tonem jej głosu i pogardą, która z niego biła podczas rozmowy: „Po całorocznej gorączce i tęsknocie przerywanej wybuchami szału skąd naraz ta obojętność? Gdyby można było jakiegoś człowieka nagle przerzucić z balowej sali do lasu albo z dusznego więzienia na chłodne obszerne pole, nie doznałby innych wrażeń ani głębszego zdumienia (...)A jak ona rozmawiała ze mną. Ile tam było pogardy dla marnego kupca..." Zapłać temu panu!..." Paradne są te wielkie damy; próżniak, szuler, nawet złodziej, byle miał nazwisko, stanowi dla nich dobre towarzystwo, choćby fizjognomią zamiast ojca przypominał lokaja swej matki. Ale kupiec - jest pariasem... Co mnie to wreszcie obchodzi; gnijcie sobie w spokoju!"".

Uświadomił sobie, że po rocznej tęsknocie, o której jego ukochana nie miała pojęcia oraz po zdarzeniu, którego był przed momentem uczestnikiem, nie czuł już do niej chyba nic ponad obojętność: „No, nigdy bym nie przypuszczał, że mogą istnieć tak cudowne kuracje. Przed godziną byłem pełen trucizny, a w tej chwili jestem tak spokojny i - jakiś pusty, jakby uciekła ze mnie dusza i wnętrzności, a została tylko skóra i odzież. Co ja teraz będę robił? czym będę żył?... Chyba pojadę na wystawę do Paryża, a potem w Alpy...".

Rozdział VIII: Medytacje

Aby ochłonąć i zastanowić się nad wszystkim, Wokulski wyszedł na spacer. Skierował swoje kroki ulicą Karową w kierunku Wisły. Przypomniał sobie, jak znajomy wspominał o bulwarach znajdujących się w tamtej części Warszawy i postanowił je obejrzeć. Chciał zobaczyć płat nadrzecznej ziemi zasypanej śmieciami. Patrząc na dzielnicę nędzy: Powiśle, obserwował rudery i lepianki, które zajmowali biedacy bez pracy i pieniędzy. Mimochodem zaglądał w zapadnięte poniżej bruku okna, z których wyłaniała się nędza.

To wszystko przypominało mu własne dzieciństwo i młodość, które upłynęły na ciężkiej pracy i nauce. Zdał sobie sprawę, jak wiele zawdzięczał pobytowi na Syberii. Wspominał pierwsze spotkanie Łęckiej w warszawskim teatrze, będące impulsem do porzucenia naukowych badań przyrodniczych, i usilne zabiegi, aby ją później ujrzeć: „Siedziała w loży z ojcem i panną Florentyną, ubrana w białą suknię. Nie patrzyła na scenę, która w tej chwili skupiała uwagę wszystkich, ale gdzieś przed siebie, nie wiadomo gdzie i na co. Może myślał o Apollinie?... Wokulski przypatrywał się jej cały czas. Zrobiła na nim szczególne wrażenie. Zdawało mu się, że już kiedyś ją widział i że ją dobrze zna. Wpatrzył się lepiej w jej rozmarzone oczy i nie wiadomo skąd przypomniał sobie niezmierny spokój syberyjskich pustyń, gdzie bywa niekiedy tak cicho, że prawie słychać szelest duchów wracających ku zachodowi. Dopiero później przyszło mu na myśl, że on nigdzie i nigdy jej nie widział, ale - że jest tak coś - jakby na nią od dawna czekał. " Tyżeś to czy nie ty?..." - pytał się w duchu, nie mogąc od niej oczu oderwać. Odtąd mało pamiętał o sklepie i o swoich książkach, lecz ciągle szukał okazji do widywania panny Izabeli w teatrze, na koncertach lub na odczytach. Uczuć swoich nie nazwałby miłością i w ogóle nie był pewny, czy dla oznaczenia ich istnieje w ludzkim języku odpowiedni wyraz. Czuł tylko, że stała się ona jakimś mistycznym punktem (...)". Dla niej postanowił zostać bogaczem i, w konsekwencji tego, wyruszył zdobyć fortunę na wojnie z Bułgarią, mimo sceptycznych uwag swego znajomego doktora Szumana (u którego leczył się z melancholii).

Z zamyślenia wyrwało go spotkanie z Wysockim, robotnikiem najemnym, byłym pracownikiem przy rozładowywaniu transportu w Warszawie, który opowiedział o swoim ciężkim życiu. Wraz z rodziną żył w strasznej biedzie: zimę spędzili u jego brata, a teraz nie mają na komorne, zdechł mu koń i pozostają bez środków na utrzymanie. Wokulski dał mu dziesięć rubli i powiedział, że od jutra ma przyjść do niego do pracy przy przewozach. Po wylewnym podziękowaniu, Wokulski zawrócił.

W drodze powrotnej znowu miał przywidzenia z przeszłości, cały czas bił się z dręczącymi go myślami. Gdy wrócił do sklepu, zastał baronową Krzeszowską, oglądającą neseserki. Wokół damy kręcił się pan Mraczewski, pomagając w wyborze. Sfinalizowanie transakcji przerwało pojawienie się barona Krzeszowskiego, męża podirytowanej kobiety. Mężczyzna po zakupie wielu towarów nakazał odesłanie ich do domu. Przez całą tę scenę małżeństwo nie zamieniło ze sobą ani słowa. Po wyjściu barona, Krzeszowska oznajmiła Wokulskiemu, iż był to jej mąż, z którym właśnie się rozwodzi. Z kolei, gdy ona wyszła, wrócił baron z zapytaniem, o co „ta dama" pytała i co mówiła. Nie uzyskał jednak od Wokulskiego odpowiedzi.

Mraczewski skomentował wyjście barona informacją o trwającej przeszło rok wojnie małżeństwa, której powodem jest kamienica Łęckiego (kłócili się, kto ma ją kupić), w której mieszkała baronowa. Wokulski nie mogąc wysłuchiwać ciągłych plotek subiekta, jego uwag o socjalistach i Żydach - zwolnił subiekta z pracy. Na drugi dzień, w Wielki Czwartek, do Wokulskiego przyszło małżeństwo Krzeszowskich (oddzielnie) z prośbą o ponowne przyjęcie Mraczewskiego. Mimo wstawiennictwa Rzeckiego, Wokulski był nieugięty i na wolne miejsce przyjął pana Ziębę.

Rozdział IX: Kładki, na których spotykają się ludzie różnych światów

W Wielki Piątek Rzecki zamknął sklep o godzinie czternastej a Wokulski wziął z kasy półimperiały na datek i poszedł do kościoła. Gdy już nalazł się w kaplicy, podszedł do panny Łęckiej i hrabiny Karolowej, kwestujących na rzecz ochronki sierot, i złożył na ich tacy ofiarę w postaci rulonu imperiałów wartości sztuki złota. Zaskoczona hrabina podziękowała wylewnie, a Łęcka podejrzewając, iż Wokulski nie zna angielskiego, zaczęła komentować jego zachowanie (w tym momencie bohater podjął decyzję o nauce tego języka). Panie podobnie jak inni znajomi Wokulskiego wstawiły się za Mraczewskim w sprawie ponownego przyjęcia do pracy i to spowodowało, iż ten obiecał dać mu posadę w Moskwie.

W dalszej części rozmowy Karolowa zaprosiła bohatera do siebie na święcone, po czym mężczyzna pożegnał się i odszedł do bocznej nawy. Stamtąd z ukrycia obserwował Izabelę oraz krążących po kościele ludzi, jego wzrok przykuła młoda dziewczyna, klęcząca obok krzyża i rozdająca jałmużnę „dziadom". Gdy wyszła z kaplicy, zaprosił ją do mieszkania Rzeckiego. Dziewczyna po chwili wahania zgodziła się i w zaciszu pokoju pana Ignacego opowiedziała nowopoznanemu mężczyźnie historię swojego życia. Wokulski zaproponował jej zmianę „pracy" (utrzymywała się z nierządu) i aby nie pozostać gołosłownym dał jej list polecający do magdalenek.

W Wielką Niedzielę Stanisław pojechał do hrabiny, u której zastał wielu gości. Wzbudziło to w nim nadzieję spotkania ukochanej. W towarzystwo arystokratyczne wprowadził go pan Łęcki, przedstawiając śmietankę towarzyską Warszawy. To wszystko nie wzbudziło w Wokulskim takiego podniecenia, jakie odczuł w chwili, gdy dostrzegł Izabelę. Podczas wizyty poznał prezesową Zasławską, która przyznała się do uczucia żywionego niegdyś do jego stryja. W wyniku miłej rozmowy Stanisław obiecał staruszce, iż postawi nieżyjącemu krewnemu nagrobek. Po rozstaniu z prezesową i powrocie do salonu, zauważył nieobecność panny Łęckiej. Po szybkim pożegnaniu z poznanymi gośćmi wyszedł. W tym samym czasie Izabela wróciła do domu bardzo wzburzona i opowiadała Florentynie, jak to Wokulski, „zwykły kupiec", oczarował wszystkich gości na przyjęciu.

Rozdział X: Pamiętnik starego subiekta

Pan Ignacy zachwycał się nowym sklepem, położonym przy Krakowskim Przedmieściu. Do swojej dyspozycji miał nawet powóz. Subiekt wspominał czasy powstania na Węgrzech w latach 1846-1847, gdy podejmował bodaj najważniejsze decyzje w swoim życiu.

W 1846 udał się na Węgry (za zgodą wuja Raczka oraz pojawiającego się we śnie ojca) wraz ze swym przyjacielem, Augustem Katzem, z którym uczestniczył później w zwycięskiej bitwie na węgierskiej równinie (z tego miejsca obserwowali płonące wsie i unoszący się dym). Jego bitewną przygodę zakończył upadek węgierskiej twierdzy. Wraz z pięcioma towarzyszami przebrał się w chłopskie odzienie i udał na tułaczkę w kierunku Turcji. Na jednym z postojów w węgierskiej chacie rozżalony brakiem równości i wolności na świecie Katz popełnił samobójstwo.

Przez kolejne dwa lata po tym bolesnym wydarzeniu pan Ignacy tułał się samotnie niemal że po całej Europie, odwiedzając Włochy, Francję, Niemcy i Anglię. Wciąż jednak myślami był na Starym Mieście i Podwalu. W 1851 roku przekraczając galicyjską granicę, znalazł się w Tomaszowie, a potem przebywał w więzieniu w Zamościu. Dzięki usilnym zabiegom Jana Mincla, po roku został sprowadzony do Warszawy. Miejscem, w którym pracował przed wyjazdem kierował wówczas już Jan Mincel, świeżo poślubiony małżonek Małgorzaty Pfeifer. Rzecki, zmęczony wędrówką i przeżyciami ostatnich lat, odnalazł spokój w bezpiecznych i jednostajnych obowiązkach związanych z prowadzeniem sklepu.

Po zakończeniu wspomnień, Rzecki zadał sobie wiele pytań odnośnie nietypowego jak na kupca postępowania Wokulskiego, który kupił powóz i ogromne mieszkanie, zaopiekował się nierządnicą i dał pracę Wysockiemu.

Najbardziej niepokoił subiekta fakt, iż przyjaciel coraz częściej przebywał w kręgach arystokracji, co irytowało kupieckie środowiska, rozczarowane wielkopańską postawą Stanisława. Pan Ignacy otrzymał od Stacha mieszkanie przy nowym sklepie, w którym zainstalował zgromadzone przez lata przez subiekta bibeloty związane z francuskim rodem cesarskim. Rzecki analizował ostatnie wydarzenia, między innymi fakt, iż przez nowy sklep przewijały się panny, wdowy, swatki, a nawet ojcowie panien na wydaniu - wszyscy oni mięli nadzieję na usidlenie jego przyjaciela, majętnego przedsiębiorcy.

Wraz z powiększeniem sklepu grono subiektów zasilił zasymilowany Żyd Szlangbaum (ciągle wytyka mu się jego pochodzenie). Nawet pan Mraczewski odnalazł dla siebie miejsce w Moskwie - przywozi bowiem z Petersburga nowe idee, głoszące bezpodstawność bogactwa arystokratycznej warstwy społeczeństwa.

Rzecki opisał przyjęcie zorganizowane w Hotelu Europejskim z racji poświęcenia nowego sklepu, w którym udział wzięli bogaci kupcy oraz arystokraci. Gościem był też doktor Szuman, który w rozmowie z Rzeckim rozwodził się nad dwoistością natury Stacha.

Rozdział XI: Stare marzenia i nowe znajomości

Pani Meliton, w młodości nauczycielka, a obecnie swatka, miała ciężkie życie. Poślubiła człowieka, który ją bił i był alkoholikiem. Jej czas wypełniało organizowanie w swym domu schadzek dla zakochanych. Stanisława Wokulskiego znała od dawna i w pewnym momencie ich znajomości stała się źródłem informacji o poczynaniach Izabeli Łęckiej i jej ojca (to od pani Meliton dowiedział się o długach o złej sytuacji). Choć nigdy nie powiedział wprost, to kobieta od dawna domyślała się gorących uczuć Wokulskiego do panny Izabeli. Donosiła mu o terminach i ulubionych miejscach jej spacerów, a wtedy on aranżował niby przypadkowe spotkania. Pewnego dnia dała znać, że Łęcka nazajutrz odwiedzi Łazienki wraz z hrabiną i prezesową, co niewymownie ucieszyło Stacha, ponieważ prezesowa, którą od wielkanocnego spotkania odwiedził już kilkakrotnie, darzyła go dużą życzliwością. Wraz z panią Meliton zaplanował nonszalancki spacer po Łazienkach.

Następnego dnia, gdy już miał wychodzić, niespodziewanie odwiedził Wokulskiego poznany u Karolowej książę z zaproszeniem do siebie. Motywował swoją prośbę faktem, iż zaprosił już wszystkich przyjaciół na „sesję" powstającej spółki do handlu ze Wschodem, podczas której Stanisław będzie gościem honorowym (chciano porozmawiać z nim o interesach). Wokulski nie odmówił, ale zaproszenie nie zrobiło na nim wrażenia. Głowę zaprzątała mu tylko jedna myśl - nie zdąży na „przypadkowe spotkanie" z ukochaną.

Pojechali do pałacu księcia, w którym zastali arystokratycznych przedsiębiorców, samych ludzi „z tytułami". Gospodarz poprosił, by gość wypowiedział się o handlu z Rosją okowitą i zbożem, na co Wokulski stwierdził, iż zna się jedynie na handlu towarami (perkalem), opowiadając, jak można na tym zajęciu zarobić. Słuchacze zadeklarowali się, że wchodzą z nim w spółkę.

Obecny na spotkaniu pan Łęcki, gorący zwolennik poczynań Stanisława, przedstawił mu młodzieńca ze swego rodu, Juliana Ochockiego. Wokulski uświadomił sobie, że widział go wcześniej w towarzystwie Izabeli. Po pożegnaniu ze zgromadzonymi nowo poznany młodzieniec zapytał kupca, czy może mu towarzyszyć w drodze powrotnej. Obaj mężczyźni udali się w kierunku Łazienek. W drodze Ochocki opowiedział trochę o sobie. Był przyrodnikiem, chemikiem oraz wynalazcą-pasjonatem, zakochanym w swoich naukowych i technicznych odkryciach, marzącym o budowie maszyny latającej. Rozmowa uspokoiła Stacha - Julian nie był jego rywalem. Po pożegnaniu i powrocie ze spaceru, podczas którego nie spotkał obiektu swego uczucia, Wokulski znalazł w domu list od pani Meliton.

Rozdział XII: Wędrówki za cudzymi interesami

W liście pani Meliton donosiła o rychłej licytacji kamienicy Łęckich, na którą największą ochotę ma ich krewna, baronowa Krzeszowska. Autorka listu przewidywała dalszy bieg wydarzeń po odkupieniu budynku przez kobietę: aby nie popaść w ruinę Izabela, dla dobra swego i ojca, będzie musiała wyjść za mąż za jakiegoś marszałka czy barona. Drugim tematem, o którym czytał Wokulski, była klacz Krzeszowskich, którą baronowa odkupiła od męża i wystawiła do wyścigu. Pani Meliton informowała, iż pan Maruszewicz, znajomy skłóconego małżeństwa, ma zaproponować Stanisławowi zakup zwierzęcia, ulubieńca panny Łęckiej. Była nauczycielka przewidywała, że gdyby Wokulski kupił i kamienicę, i klacz, to z pewnością wkradłby się w łaski Izabeli. Na te słowa mężczyźnie wrócił cały zapał i siły. Wiedział, iż te dwie sprawy musi załatwić anonimowo. Nazajutrz, gdy przyszedł do niego pan Maruszewicz, od razu dobili targu i klacz stała się jego własnością - zapłacił za nią osiemset rubli.

Około południa, jadąc do adwokata, obejrzał z ulicy ową kamienicę. Potem od mecenasa dowiedział się o sumie, z jaką baronowa stanie do licytacji - sześćdziesiąt tysięcy rubli. Wokulski poprosił adwokata o wzięcie w jego imieniu udziału w sprzedaży budynku. Ten doradził mu jednak scedowanie licytacji kamienicy staremu Szlaungbaumowi.

Stanisław przystał na tę propozycję i złożył wizytę Żydowi, którego poprosił o wzięcie udział w licytacji budynku i jego kupno za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli (miał zrobić to w jego imieniu, ale w zupełnej tajemnicy).

Wrócił do domu, w którym zastał czekającego Maruszewicza. Razem pojechali obejrzeć nowy zakup właściciela sklepu - klacz. Przed zobaczeniem zwierzęcia Wokulski uregulował jeszcze dług barona u dyrektora stajni za opiekę i schronienie dla konia, prosząc jednocześnie, by na wyścigi wyprowadzano go bezimiennie.

Parę dni przed wyścigiem koni Stanisława odwiedził angielski hrabia, poznany na sesji handlowej w książęcym pałacu. Przyszedł w imieniu barona Krzeszowskiego z prośbą o odsprzedanie byłej własności. Wokulski nie zgodził się. Miał za duże plany związane z koniem...wierzył w zwycięstwo klaczy i od jej sukcesu uzależnił swoje powodzenie w miłości.

Rozdział XIII: Wielkopańskie zabawy

W dzień wyścigów na Polach Mokotowskich Wokulski pojechał zobaczyć swoją klacz. Poznał dżokeja i obiecał mu sowite wynagrodzenie za wygraną. Kupił program wyścigów oraz obstawił zakłady na konia. Ujrzał powóz, w którym siedziała panna Łęcka z ojcem, hrabina i prezesowa. Przywitał się i zapewnił o wygranej klaczy Sułtanki, aby nie stało się zadość zakładowi damy. Jego klacz wygrała, a zarobione na zakładach trzysta rubli złożył na ręce hrabiny Karolowej na rzecz ochronki. Potem odsprzedał zwierzę za osiemset rubli.

W pewnym momencie bohatera potrącił baron Krzeszowski. Wokulski za tę zniewagę oraz za impertynencje podstarzałego adoratora do panny Izabeli, wyzwał go na pojedynek. Pożegnał dziękującą mu za wszystko Łęcką, po czym w doskonałym humorze pojechał do doktora Szumana, prosząc, aby był jego sekundantem podczas pojedynku. Doktor, zaskoczony udziałem przyjaciela w wyścigach, zgodził się.

Na drugi dzień Rzecki z Szumanem pojechali do hrabiego - Anglika, sekundanta Krzeszowskiego, aby uzgodnić szczegóły pojedynku. Gdy hrabia oznajmił, że baron jest gotów przeprosić Wokulskiego listownie, pan Ignacy nie wyraził zgody.

Pojedynek został ustalony. Za parę dni do Lasku Bolońskiego zajechały powozy. Choć Wokulski wygrał pojedynek, postrzeliwszy barona w twarz, to mecenas zarzucił mu lekkomyślne zachowanie i ostrzegł przed arystokracją, mogącą w tym momencie odstąpić od planowanej spółki. Po kilku dniach do Wokulskiego przeszedł Maruszewicz prosząc, w imieniu barona Krzeszowskiego, o pożyczkę pieniężną w zamian dając weksel. Bohater nie odmówił.

Poweselał bardzo, gdy służący przyniósł list od Łęckiego z zaproszeniem na jutrzejszy obiad, argumentując, że jego córka chce bliżej poznać nowego znajomego. Stanisław poczuł się szczęśliwy...

Rozdział XIV: Dziewicze marzenie

Panna Łęcka dużo rozmyślała o Wokulskim, który wciąż ją zaskakiwał. Wahała się między podziwem dla jego niespożytej energii, odwagi i zapału, a z drugiej strony pogardą dla jego kupieckiej profesji. Wyczyny Stanisława ciągle ją zaskakiwały. Nie potrafiła zrozumieć, jak potrafił zjednywać sobie ludzi. Rozważała, ze gdyby posiadał dobra ziemskie, a nie był parweniuszem, wtedy może i miałby u niej szanse. Bardzo zbliżył się do jej ojca, wszyscy na około go zachwalali, a najbardziej prezesowa. Izabela cieszyła się z jego wygranej w pojedynku z baronem, którego nie lubiła po niegdysiejszych umizgach, a który w kilka dni po przegranym pojedynku przysłał jej list z przeprosinami i pochwałami bohatera. Po śnie, w którym Wokulski opiekował się jej domem, dbał o posag, postanowiła zaprosić go na obiad (aby wykorzystać jego dobry charakter).

Rozdział XV: W jaki sposób duszę ludzką szarpie namiętność, a w jaki rozsądek

Wokulski, po otrzymaniu listu od Łęckigo, nie mógł usiedzieć w miejscu. Poszedł na spacer nad Wisłę, gdzie rozważał sens swojej miłości, zastanawiał się nad powodami zaproszenia na obiad oraz jak ma się zachować i w co ubrać. Nazajutrz poszedł do fryzjera, założył garnitur frakowy i pojechał do Łęckich.

Rozdział XVI: „Ona" i „On" - i ci inni

W dniu, w którym Wokulski miał przyjść na obiad, panna Izabela wróciła od hrabiny zła i rozgniewana. U Karolowej miał pojawić się Rossi - tragik i artysta włoski, którego obie panie poznały dosyć dawno podczas pobytu w Paryżu. Przed kilku laty Łęcka była w nim zakochana, zresztą może teraz też... Właśnie przyjechał do Warszawy na występy i choć obiecał odwiedziny, czekały cztery godziny na próżno. Była zawiedziona. Dopiero po powrocie do domu przypomniała sobie, że ma ich odwiedzić Wokulski. Zjawił się o umówionej godzinie. Przywitał go pan Tomasz i powiedział, że sprzedaje kamienicę, bo lokatorzy nie płacą (myślał, że Wokulski nie wie o jego kłopotach finansowych).

Łęcki zaproponował, że odda resztę pieniędzy pozostałych po spłaceniu długów, ze sprzedaży kamienicy (dwadzieścia procent) Wokulskiemu na procent. Stanisław się zgodził i obiecał, że tamten zarobi na tej lokacie i że procenty od kapitału (wyjątkowo wysokie) będzie otrzymywał co pół roku.

Pan Tomasz poprosił, aby pierwszy zysk wypłacił mu z góry, a późniejszych by nie oddawał mu do ręki, lecz dokładał do jego funduszu. Wokulski przyjął takie warunki. Weszli do salonu, w którym siedziała Izabela i panna Florentyna.

Łęcka zapytała o szczegóły spółki, do której wszedł jej ojciec. Stanisław wspomniał o planowanym wyjeździe na wystawę do Paryża. Na te słowa podniecona dama również nabrała chęci do zagranicznego wojażu. Florentyna zaprosiła do stołu. Podczas obiadu gość celowo używał noża do ryb, czym poruszył ukochaną. Rozmawiali o etykiecie: Stanisław wygłosił opinię, iż nie chce być niewolnikiem zasad, gdyż widział towarzystwo, gdzie o nich zapominano.

Po opuszczeniu towarzystwa przez pana Tomasza, Łęcka zaprosiła Wokulskiego do salonu. Opowiedziała o liście, który przysłał jej Krzeszowski i szacunku, z jakim wyraża się o jej gościu baron. Na pytanie o możliwość podziękowania za jego dotychczasowe uprzejmości, rycerskim tonem poprosił o pozwolenie służenia jej zawsze i we wszystkim, po czym pożegnał się i wyszedł.

Rozdział XVII: Kiełkowanie rozmaitych zasiewów i złudzeń

Powrócił do domu wieczorem. Cały czas nie opuszczały go myśli, iż powinien sobie zasłużyć na pannę Izabelę. Zaszedł jeszcze do sklepu, gdzie okazało się, że inkasent Oberman zgubił ponad czterysta rubli, które należały do firmy Wokulskiego. Choć Rzecki był bardzo zły, Stanisław znalazł rozwiązanie.

Choć Oberman miał u niego kapitał wynoszący kilkaset rubli, to jednak nie zamierzał go zagarnąć (pieniądze były przeznaczone na szkołę dla syna). Zdecydował, że odda za inkasenta pieniądze dla firmy, a on kiedyś mu je zwróci (Rzecki nie był zadowolony z takiego rozwiązania). Po wejściu do mieszkania bohater zabrał się do rachunków i postanowił, że złoży wizytę baronowi Krzeszowskiemu. Na biurku ujrzał dwa listy, jeden od magdalenek chwalących skierowaną po Wielkanocy dziewczynę, a drugi od Marianny. Pisała o zmianie, która w niej zaszła, prosząc o pomoc w rozpoczęciu życia na własny rachunek. Obiecała, że już nie zejdzie na złą drogę. Wokulski po przeczytaniu kartek, wpadł na pomysł rozwiązania sytuacji.

Nazajutrz wezwał furmana Wysockiego i zapytał, czy przy jego mieszkaniu nie ma wolnego pokoju do wynajęcia dla uczciwej szwaczki. Po krótkiej i rzeczowej rozmowie ustalili warunki: Stanisław zobowiązał się opłacać pokój i sprzęty, póki Marianna nie stanie na nogi i poprosił, by żona furmana miała na nią oko i w razie problemów, by jej pomogła. O jedenastej przyszła do Wokulskiego Marianna, zmieniona nie do poznania. Poinformował ją o wynajętym pokoju, dał pieniądze na zagospodarowanie, na maszynę do szycia, i zapewnił, by o nic się nie martwiła (powiedział, ze na pewno znajdą się chętni na korzystanie z ich krawieckich usług). Marianna bardzo mu dziękowała.

O trzynastej Wokulski udał się w odwiedziny do barona. Do spotkania jednak nie doszło, ponieważ służący Krzeszowskiego powiedział, że pan jest chory i nikogo nie przyjmuje. W istocie baron nie był chory tylko zły na nachodzących go komorników. Poinformowany o danych gościa wpadł we wściekłość, że służący odprawił Wokulskiego z kwitkiem.

Następnego dnia bohater odebrał dwa listy: jeden od pani Meliton, donoszący, jak zwykle, o planach panny Łęckiej, a drugi od adwokata, zapraszającego go do siebie. Gdy poszedł do mecenasa, zastał tam Żyda Szlangbauma. Mężczyźni ustalali zasady licytacji kamienicy oraz jej cenę - dziewięćdziesiąt tysięcy rubli. Budynek miał być kupiony dla Wokulskiego, ale nie przez niego, gdyż figurantem na licytacji miał być Szlangbaum.

O trzynastej trzydzieści Wokulski był już Łazienkach (pani Meliton doniosła mu w liście, że Izabela będzie tam o czternastej). Spacerował, a po chwili dostrzegł Łęcką z ojcem i hrabiną. Byli zdziwieni przypadkowym spotkaniem, lecz od razu zawiązała się między nimi w dyskusja. Stanisław z Izabelą oddalili się w stronę pomarańczarni. Łęcka rozprawiała o Rossim, niedocenianym przez Warszawiaków wielkim artyście. Wyznała, że jej smutno, gdy po przedstawieniach zamiast bukietów kwiatów, tragik nagradzany jest tylko skromnymi brawami. Obserwujący oddalającą się parę, hrabina Karolowa i pan Tomasz, komentowali słabość kupca galanteryjnego do pięknej Izabeli. Po powrocie do domu Wokulski zlecił Obermanowi kupienie na jutrzejsze przedstawienie w Teatrze Wielkim mnóstwa bukietów i wieńców kwiatów.

Rozdział XVIII: Zdumienia, przywidzenia i obserwacje starego subiekta

Ignacy Rzecki był zdziwiony zaniedbywaniem pracy przez Wokulskiego na rzecz nagłego zainteresowania teatrem (podobnie sprawa się przedstawiała, jeżeli chodzi o innych subiektów i pana Obermana, nieoczekiwanych wielbicieli sztuki, którzy co wieczór także chodzili na przedstawienia). W końcu i Ignacy musiał pójść, ponieważ Wokulski go poprosił, by w antrakcie spektaklu wręczył aktorowi Rossiemu album z widokami Warszawy. Rzecki w teatrze zauważył także Stanisława, a w loży Izabelę Łęcką, rozpromienioną podczas gry Rossiego. Ignacy zaczął domyślać się uczuć przyjaciela do arystokratki, pocieszała go jednak w tym wszystkim myśl, iż: „Stach nie jest taki głupi".

Rano w sklepie pan Ignacy, który pierwszy raz zaspał (po przedstawieniu wstąpił do restauracji i wypił parę kieliszków), otrzymał anonimowy list, w którym jakaś kobieta oskarżała jego przyjaciela o dręczenie chorej kobiety. Z listu wynikało poza tym, że Wokulski kupuje kamienicę Łęckich, a Klejn dopowiedział, że robi to za pośrednictwem Szlangbauma. Rzecki udał się do działu tkanin, gdzie pracował Henryk (syn starego Żyda Śzlangbauma), ale mimo licznych pytań dotyczących jego ojca, nie dowiedział się szczegółów.

W końcu postanowił, że sam pójdzie do sądu w czasie licytacji i tam na własne oczy skonfrontuje pogłoski z prawdą. Do sklepu przyszli pan Mraczewski z Rosjaninem Suzinem, partnerem Stanisława w interesach, który próbował namówić wspólnika na interes w Paryżu i duży zarobek. Wokulski jednak, mimo iż powszechnie wiadomo było, że niedługo i tak wybiera się do tego miasta na wystawę - odmówił. Rzecki był bardzo oszołomiony tą decyzją i następnego dnia po południu poprosił pana Lisieckiego o zastępstwo przy kasie, a sam udał się do sądu.

W drodze miał wrażenie, że ludzie ze zdziwieniem mu się przyglądają i myślą, co też takiego musiało się stać, że o tej porze nie jest w sklepie. Ignacy przed sądem zobaczył Łęckiego rozmawiającego ze swoim adwokatem, a w budynku dostrzegł baronową Krzeszowską (również z mecenasem). Licytacja miała się rozpocząć za godzinę, więc poszedł do kościoła nieopodal i do cukierni, gdzie nasłuchał się różnych wywodów i rozważań Żydów na temat licytacji. Po powrocie do sądu zastał już tam tłum ludzi, przeważnie starozakonnych. Rozpoczęła się licytacja. Łęcki był bardzo zdenerwowany. Miał nadzieję sprzedać kamienicę za sto dwadzieścia tysięcy rubli (choć była warta siedemdziesiąt).

Krzeszowska z kolei, gotowa zapłacić cenę siedemdziesięciu tysięcy, była ciągle przebijana przez Żyda Szlangbauma, który w efekcie nabył budynek za dziewięćdziesiąt tysięcy. Wskutek niepomyślnego obrotu spraw baronowa dostała spazmów i wściekłości.

Po opuszczeniu gmachu sądu pan Ignacy trochę się uspokoił, przekonując się w duchu, iż ktoś napisał zwykłe plotki w anonimie. Wydedukował sobie, że Wokulski na pewno nie zrobiłby takiego głupstwa i nie stracił tylu pieniędzy w złym interesie. Nie wiedział jeszcze, jak bardzo się mylił...

Rozdział XIX: Pierwsze ostrzeżenie

Pan Rzecki po powrocie do sklepu zastał czekającego Mraczewskiego, rozprawiającego o tym, jak to Wokulski straci kilkadziesiąt tysięcy rubli, nie wchodząc w interes z Suzinem. Mówił, że to wielka i jedyna okazja, i tylko głupiec by ją przepuścił. Tymczasem lokaj Łęckich przyniósł list od Izabeli do Wokulskiego.

Rzecki zrozumiał wówczas, jak przyjaciel lekką ręką wydaje ciężko zarobione pieniądze, aby tylko się przypodobać Łęckiej. Przypomniał sobie kupno powozu, wyścigi, ofiary na cele dobroczynne, kwiaty dla Rossiego. Zaniósł jednak korespondencję. Wokulski dał przeczytać zafrapowanemu przyjacielowi list, w którym Izabela pisała, że muszą ładnie pożegnać Rossiego, dziękowała za wieńce dla artysty oraz wyrażała radość, iż za tydzień wyjeżdżają wspólnie do Paryża. Ignacy był oburzony łatwością, z jaką przyjaciel dał się omotać, nie czując przy tym, że się zatraca. Stanisław jednak wychwalał wyjątkowość autorki listu, żadne słowa subiekta nie docierały do jego „prywatnego szczęścia".

W trakcie rozmowy woźny zapowiedział pana Tomasza Łęckiego, więc Ignacy opuścił pokój. Gość wszedł bardzo wzburzony i zdenerwowany faktem, że Żyd kupił jego kamienicę za kwotę dużo niższą, niż była warta. Twierdził, że został nędzarzem, ponieważ po zabraniu przez komorników należnych im kwot pozostało mu tylko trzydzieści tysięcy. Zaskoczony niezadowoleniem Łęckiego, Wokulski troskliwie okładał go kompresami (pan Tomasz był bliski zapaści) i wyznaczył wyjątkowo wysoki procent od powierzonego kapitału.

Po wejściu kolejnego gościa, Henryka Szlangbauma (pracownika Wokulskiego, a syna nowego właściciela kamienicy), który oświadczył Łęckiemu, że jego ojciec może w każdej chwili odsprzedać nowy nabytek za taką samą sumę, którą na niego wydał, Łęcki się zdziwił i zamarł. Zubożały arystokrata wrócił do domu powozem Wokulskiego i opowiedział córce o wyniku licytacji. W swej relacji nie zapomniał podkreślić pomocy Stanisława. Z wywodów ojca Łęcka nie mogła pojąć, w jaki sposób, gdy od trzydziestu tysięcy dają dziesięć procent, on otrzymał od Wokulskiego aż trzydzieści pięć. Gdy ojciec się położył, zaczęła podejrzewać, iż zbliża się nieuchronnie termin jej zamążpójścia (nie brała pod uwagę Wokulskiego). Potem przyjmowała ludzi, którzy pożyczali kiedyś jej ojcu pieniądze, a teraz, dowiedziawszy się o sfinalizowanej sprzedaży majątku, przychodzili odzyskać swą własność. Była przerażona rozmiarem długów.

Tymczasem z nowiną o powrocie z zagranicy Kazia Starskiego, byłego wielbiciela Izabeli, przyszła hrabina Joanna. Zapowiedziała jego jutrzejsze odwiedziny. Izabela dowiedziała się nowych informacji o życiu dawnego konkurenta: był bardzo zadłużony, ale miał nadzieję na spadek po ciotce Hortensji oraz na mały kapitał pana Tomasza.

Poza tym hrabina odradzała młodszej krewnej wyjazd do Paryża z Wokulskim, roztaczając przed nią wspaniałe perspektywy lata spędzonego na wsi z Kaziem. Nazajutrz Łęcki wysłał do bohatera list z prośbą, aby przyszedł i uregulował jego długi u Żydów. Z kolei Florentyna dała Izabeli list od baronowej Krzeszowskiej, która pisała, że ich kamienicę kupił Stanisław Wokulski przez lichwiarza Żyda, dodatkowo podstawiając w sądzie fałszywych licytantów. Wystraszona, przewidywała, że będzie ją chciał wyrzucić z domu i prosiła o wstawiennictwo w sprawie niskiego czynszu.

Adresatka listu była wstrząśnięta jego treścią. Natychmiast udała się do ojca, także zdziwionego tą informacją, i po chwili oboje zaczęli kojarzyć i łączyć fakty. Roztrząsanie tematu przerwało pojawienie się Żydów, ponownie przychodzących po pieniądze. Z zamieszania i prawdopodobnej awantury uratowało wszystkich przybycie Wokulskiego, który nakazał Żydom, aby o osiemnastej przyszli do niego i wtedy dostaną pieniądze. Podał się za plenipotenta pana Tomasza. Po tym zapewnieniu goście dłużnika wyszli.

Łęcki poprosił go o wypłacanie pięciu tysięcy procentu z góry, i poinformował, że nie będzie ich stać na planowany wyjazd do Paryża, wobec czego Wokulski zobowiązał się pokryć wszystkie koszty wspólnej podróży. Na koniec rozmowy Łęcki zaciągnął jeszcze kredyt u Wokulskego na bardzo dogodny procent.

Gdy do ojca Izabeli przyszli lekarze na konsylium, ona w przedpokoju czekała na wybawiciela ich rodziny z oburzoną miną. Zapytała, czy to prawda, że kupił ich kamienicę i skupuje ich rzeczy. Nie zaprzeczył, mówiąc także, że usuwa jej wszystkie przeszkody spod nóg. Nagle w czasie rozmowy w salonie pojawił się Starski. Z rozmowy przez Łęcką z kuzynem w języku angielskim, Stanisław zorientował się, iż nie zamierza wyjechać z nim do Paryża. Zobowiązała się spędzić lato ze swym rozmówcą na wsi. Starski wyrażał radość z planowanych wspólnych wakacji. Po wejściu służącego, proszącego w imieniu pana do gabinetu, Wokulski opuścił roześmiane towarzystwo.

Łęcki poinformował, że lekarze zabronili mu wyjazdu do Paryża i zalecili udanie się na wieś.

Mężczyźni uzgodnili ostatnie warunki pożyczki i starszy z nich zapytał, czy to prawda, że Wokulski kupił jego kamienicę. Ten potwierdził i zaproponował, że odsprzeda ją za tę samą sumę w każdej chwili, na co panu Tomaszowi stanęły w oczach łzy. Przy pożegnaniu Izabela spytała Stanisława, czy będzie jutro przy pożegnaniu Rossiego. Usłyszała, że w nocy wyjeżdża do Paryża. Zdziwiona jego chłodem, pobiegła do ojca, lecz Łęcki nie był w stanie wyjaśnić jej przyczyn takiego zachowania bohatera.

Rozdział XX: Pamiętnik starego subiekta

Rzecki pisał, że dwa tygodnie temu Stach nagle wyjechał do Paryża, a przed podróżą wezwał go do siebie i polecił, by już nie robił tajemnicy z faktu kupna kamienicy. Poprosił także, aby przyjaciel zbierał od ludzi komorne (bez podwyżki czynszu) i pilnował, by płacili w terminie. Poinformował Ignacego, który czuł, że Stachowi dolega „(...) zła miłość", że w banku są odłożone pieniądze na prowadzenie interesu. Subiekt odwiózł zmienionego towarzysza na dworzec. Podczas drogi nie padło ani jedno słowo. Na stacji spotkali doktora Szumana, który oznajmił, że bankrut i próżniak Starski będzie podróżował tym samym pociągiem. Stach odjechał, nie podając terminu powrotu. Subiekt zaproponował Szumanowi spacer. Rozmawiali o Wokulskim, nieszczęśliwej i chorej miłości, w której się zatracał, o źle ulokowanych uczuciach.

Pewnego wieczoru Ignacego niespodziewanie odwiedził dawny znajomy, niewidziany od piętnastu lat - kiper Machalski (byli razem na Węgrzech, a później pracowali w Warszawie). Gość zapytał, czy może się zatrzymać u przyjaciela na tydzień, na co ten ochoczo się zgodził.

Przypomniały mu się czasy młodości, gdy w roku 1857, pracując w winiarni u Hopfera, pierwszy raz spotkał się z przyjacielem. W pamięci utkwił mu zwłaszcza pewien epizod związany z poznaniem Stacha: gdy kiedyś, na zaproszenie kipera, zszedł do jego piwnicy, pierwszy raz ujrzał tam Wokulskiego z ojcem (wydającym wszystkie pieniądze na proces, twierdząc, że odzyska dobra po dziadku). Mężczyzna ten wmawiał synowi, żeby nie wydawał na książki, lecz dokładał mu na kontynuację sprawy. Wokulski był wtedy młodzieńcem, pracującym u Hopfera od czterech lat.

Machalski powiedział wówczas Rzeckiemu, że Stach zna się na mechanice i zamierza wyjechać do Kijowa na uniwersytet. Kiper cieszył się, że choć jeden subiekt byłby uczony. Kasia, córka Hopfera, podkochiwała się w Stachu, dlatego też jej ojciec przymykał oko na fakt, iż młodzieniec kosztem nauki zaniedbywał obowiązki. Stach spędził u niego jeszcze trzy lata, w trakcie których Rzecki uczył go losów dynastii Bonapartych. Rzecki wspominał, ze u Hopfera był także dwudziestoletni młodzieniec - Leon, chłopak bardzo zdolny i motywujący Stacha do dalszej nauki.

W 1861 roku Ignacy zabrał Wokulskiego do siebie i tym samym Wokulski zaczął pracę u Mincla. Stach zaczął uczęszczać na uniwersytet jako wolny słuchacz, pracował dniami i nocami, w międzyczasie udzielając korepetycji, dużo czytając i wciąż się ucząc. Często odwiedzał go ojciec, zabierając mu zarobione pieniądze. Nie był to jedyny gość - ze względu na obecność Wokulskiego, do sklepu Minclów przychodziła Kasia Hopfer. Mówiła Stasiowi o swoich uczuciach, lecz spotykała się z obojętnością.

Na inne uczucia mogła liczyć Małgorzata Mincel, która często zapraszała najpierw Ignacego i Stacha do siebie na herbatę, by po pewnym czasie ograniczyć zaproszenie tylko dla tego drugiego. Młodzieniec coraz później wracał z tych wizyt, a żona Mincla oszalała na jego punkcie: chodziła jak osowiała i robiła mężowi awantury z byle powodu, choć biedak chował się przed nią na całe dnie.

Pewnego razu kiper zaprosił Ignacego i Stacha do swej piwnicy. Zastali tam także pana Leona i parę innych osób: „Poszliśmy tam dobrze po dziewiątej i gdzież by, jeżeli nie do jego ulubionej piwnicy, w której przy migotaniu trzech łojowych świeczek zobaczyłem kilkanaście osób, a między nimi pana Leona. Nigdy chyba nie zapomnę gromady tych, po największej części młodych twarzy, które ukazywały się na tle czarnych ścian piwnicy, wyglądały spoza okutych beczek albo rozpływały się w ciemności. Ponieważ gościnny Machalski już na schodach przyjął nas ogromnymi kielichami wina (i to wcale dobrego), a mnie wziął w szczególną opiekę, muszę więc przyznać, że od razu zaszumiało mi w głowie, a w kilka minut później byłem kompletnie zapity. Usiadłem więc z dala od uczty, w głębokiej framudze, i odurzony, w półśnie, półjawie, współbiesiadnikom. Co się tam działo, dobrze nie wiem, bo najdziksze fantazje przebiegały mi po głowie. Marzyło mi się, że pan Leon mówi, jak zwykle, o potędze wiary, o upadku duchów i o potrzebie poświęcenia, czemu głośno wtórowali obecni. Zgodny chór jednakże osłabnął, gdy pan Leon zaczął tłumaczyć, że należałoby nareszcie wypróbować owej gotowości do czynu. Musiałem być bardzo nietrzeźwy, skoro przywidziało mi się, że pan Leon proponuje, ażeby kto z obecnych skoczył z Nowego Zjazdu na bruk idącej pod nim ulicy, i że na to wszyscy umilkli jak jeden mąż, a wielu pochowało się za beczki. - Więc nikt nie zdecyduje się na próbę?!... - krzyknął pan Leon załamując ręce. Milczenie. W piwnicy zrobiło się pusto. - Więc nikt?... nikt?... - Ja - odpowiedział jakiś prawie obcy mi głos. Spojrzałem. Przy dogorywającej świeczce stał Wokulski. Wino Machalskiego było tak mocne, że w tej chwili straciłem przytomność. Po uczcie w piwnicy Stach przez kilka dni nie pokazał się w mieszkaniu. Nareszcie przyszedł - w cudzej odzieży, zmizerowany, ale z zadartą głową. Wtedy pierwszy raz usłyszałem w jego głosie jakiś twardy ton, który do dziś dnia robi mi przykre wrażenie. Od tej pory zupełnie zmienił tryb życia(...)". Przestał zaglądać do książek, często nie wracał na noc: „Swój balon z wiatrakiem rzucił w kąt, gdzie go niebawem zasnuła pajęczyna; butlę do robienia gazów oddał stróżowi na wodę, do książek nawet nie zaglądał".

Minclowa także chodziła zła.

Pewnego dnia Staś całkowicie zniknął dwóch oczu niepokojącemu się subiektowi. Odezwał się dopiero po dwóch latach pisząc, że jest w Irkucku. Po powrocie wyznał przyjacielowi, że do Hopfera już nie wróci, ponieważ jest uczonym i ma na to papiery od petersburskich towarzystw naukowych. Zamieszkał sam na Starym Mieście, otaczając się mnóstwem książek. W efekcie nikt nie chciał przyjąć go do pracy: „Kupcy nie dali mu roboty, gdyż był uczonym, a uczeni nie dali mu także, ponieważ był eks-subiektem". Czuł się oszukany.

Pół roku po śmierci Jana Mincla Stach ożenił się z wdową (Rzecki nie potrafił wyjaśnić, jak do tego doszło). Odbyło się nawet huczne wesele, w tydzień po którym młodszy małżonek zajął miejsce Mincla w sklepie i wziął się do roboty: nawiązał nowe kontakty z kupcami moskiewskimi, co potroiło obroty sklepu. Minclowa bardzo kochała męża, poza swoim „Stasiulkiem", nie widziała świata. Przez zaborczość i zazdrość posunęła się nawet do śledzenia, choć Wokulski nie dawał jej powodów do takiego zachowania, był na każde jej skinienie. Pięć lat po ślubie, by się odmłodzić, pani Małgorzata zaczęła się malować. Rzecki pamięta, jak pewnego razu nasmarowała się jakimś mazidłem: „I zmarło biedactwo niespełna we dwie doby na zakażenie krwi, tyle tylko mając przytomności, aby wezwać rejenta i cały majątek przekazać swemu Stasiulkowi. Stach i po tym nieszczęściu milczał, ale osowiał jeszcze bardziej. Mając kilka tysięcy rubli dochodu przestał zajmować się handlem, zerwał ze znajomymi i zagrzebał się w naukowych książkach".

Ignacy wspominał, jak w pół roku po śmierci Minclowej, Stach zmarniał w oczach. Wtedy subiekt zaproponował mu wyjście do teatru, na co młodszy przyjaciel po pewnym czasie przystał: „Poszedł do teatru i... na drugi dzień nie mogłem go poznać: w starcu ocknął się mój Stach Wokulski: Wyprostował się, oko nabrało blasku, głos siły...".

Rozdział XXI: Pamiętnik starego subiekta

Pan Ignacy zastanawiał się nad sytuacją polityczną w Europie. Austriacy, a raczej Węgrzy, weszli do Bośni i Hercegowiny...

Stach pisał do niego, aby zajął się kamienicą nabytą od Łęckich. Tak też uczynił. Zdał sklep pod opiekę Lisieckiego i Szlangbauma, a sam poszedł pierwszy raz zobaczyć zakup przyjaciela. Wcześniej zapytał pana Klejna, wynajmującego tam mieszkanie, o drogę. Z zewnątrz trzypiętrowy budynek nie prezentował się najlepiej. Rzecki dostrzegł wiszącą na niej tablicę z nazwiskiem Wokulskiego jako obecnego właściciela. Od strony podwórka widok był jeszcze gorszy: sterta nieuprzątniętych śmieci i ścieki płynące rynsztokami. Rzecki dowiedział się, że stróż siedzi w „kozie", więc poszedł do mieszkania rządcy jako dysponent pana Wokulskiego.

Po zapytaniu o lokatorów, otrzymał informację, że połowa z nich płaci czynsz, a połowa nie. Poza tym dowiedział się, że przecieka dach oraz, że nikt nie wywozi śmieci. W rozmowie z rządcą Wirskim (zdeklasowany obywatel ziemski oraz żołnierz wojen napoleońskich) okazało się również, że podobnie jak pan Ignacy, walczył kiedyś w bitwie pod Magentą i był bonapartystą. To spowodowała nić sympatii, która zawiązała się między nimi (Rzecki obiecał nawet, że Stach umorzy dług Wirskiemu za komorne).

Mężczyźni udali na przegląd lokatorów. W jednym lokalu mieszkało trzech studentów, którzy nie dość, że od kilku miesięcy nie płacili czynszu, to i hardo twierdzili, że płacić nie będą (motywowali to górnolotnymi ideami i celami społecznymi). W następnym mieszkaniu, zajmowanym przez baronową Krzeszowską, spotkali pana Maruszewicza. Baronowa z wielką pretensją oznajmiła, że nie będzie już płaciła siedmiuset rubli miesięcznie, gdyż w kamienicy mieszkają niemoralni ludzie. Miała na myśli studentów, do których w nocy schodziły się praczki i wspólnie urządzali głośne harce, przeszkadzając jej w spokojnym śnie. Twierdziła, że jej mąż posyła kwiaty pewnej pani z tego budynku, która się źle prowadzi. Żądała jej natychmiastowego wyrzucenia, na co Rzecki, mając dość słuchania tych bzdur, wyszedł, zabierając ze sobą Wirskiego.

Rządca wprowadził go do jeszcze jednego mieszkania, w którym wraz z uroczą córką i matką żyła pani Helena Stawska. Jej mąż Ludwik, oskarżony o morderstwo na lichwiarce, uciekł za granicę, a gdy prawdziwego mordercę znaleziono, a jego uniewinniono, nie dał znaku życia. Matka lokatorki była smutna widząc, jak jej córka w oczekiwaniu na powrót męża, powoli traci życie. Panie żyły skromnie, utrzymując się z lekcji udzielanych przez piękną Stawską. Wzruszony Rzecki w imieniu Wokulskiego umorzył im czynsz do października i na pożegnanie obiecał pani Stawskiej, że odszuka jej małżonka. Kobieta wyraźnie przypadła mu do gustu i rozumiał, jak trudno jest jej żyć, niewiedząc, czy jej mąż żyje. W marzeniach widział Stacha przy boku Heleny. Dzięki zaproszeniu od pani Stawskiej, Ignacy miał pretekst do kolejnych odwiedzin.

Tom II

Rozdział I: Szare dni i krwawe godziny 

Wokulski pojechał do Paryża. Droga upływała mu na niespokojnych myślach, ogarnęła go melancholia. Kilka razy zmieniał pociągi, jakby chciał uciec od prześladującej go Izabeli. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ukochana przedstawiła go Starskiemu jako plenipotenta ojca, dlaczego wyrażała się o nim z ogromną pogardą (nauki angielskiego się opłaciły, ponieważ tamci rozmawiali w tym języku). Podczas podróży wysłał zawiadomienie o swym przyjeździe do Suzina, i prosił, aby przyjaciel czekał na niego na dworcu w Paryżu.

Rosjanin, szczęśliwy z przyjazdu wspólnika, zabrał zmęczonego Stanisława do hotelu, gdzie objaśnił szczegóły ich przyszłego interesu (Wokulski miał zarobić pięćdziesiąt tysięcy rubli). Chciał kupić statki z galanterią, a Polak miał być jego tłumaczem. Wokulski zgodził się na tę propozycję. Po pożegnaniu i umówieniu się na godzinę szesnastą na sesję z kupcami, Suzin wyszedł, a Wokulskiego znowu dopadły omamy. Wydawało się mu, że jego lustrzane odbicie to prawdziwa osoba. Zdenerwowany wybiegł z pokoju i poszedł na spacer.

Oglądał paryskie uliczki, kamienice, ludzi, zastanawiając się, dlaczego mieszkańcy stolicy Francji tak bardzo różnią się od Warszawiaków. Po powrocie do hotelu zastał w salonie przyjęć kilku interesantów i pakiet listów. W jednym z nich Suzin donosił o przełożeniu sesji na godzinę dwudziestą, i prosił o załatwienie czekających petentów. Miał mu w tym pomóc pan Iumart, wykształcony pracownik Rosjanina, władający czterema językami. Gdy Wokulski obsłużył już dziwnych gości (pułkownika oferującego oferty przewodnika po Paryżu, pana Escabeau sprzedającego karabiny oraz proszącą o pożyczkę baronową malującą portrety), ponownie wyszedł z hotelu podziwiać wspaniałą architekturę Paryża. W czasie pobytu w Paryżu cały czas towarzyszyły mu gorzkie wspomnienia. W przypływie myśli na temat Łęckiej, wmawiał sobie, że Starski, Ochocki, Rossi to jej kochankowie. Z powodu tych chorych myśli coraz częściej smutki topił w alkoholu. Z czasem przyzwyczaił się do tego „dziwnego" miasta, dużo zwiedzał, chodził w najodleglejsze miejsca oraz do teatru, kawiarni, muzeów. Nachodziły go myśli, aby już nie wracać do Warszawy. W tym czasie wyrzucał sobie, że ostatnie dwa lata zmarnował na uganianiu się za Łęcką.

Rozdział II: Widziadło

Pewnego dnia wśród interesantów, w salonie przyjęć odwiedził Wokulskiego uczony o tajemniczym niemieckim nazwisku Geist (słyszał, że Polak latał kiedyś balonem i interesował się naukowymi odkryciami). Profesor był chemikiem-wynalazcą, a całą fortunę utopił w badaniach i odkryciach. Zaproponował Stanisławowi wejście w spółkę i sfinansowanie dalszych badań nad jego obecnym wynalazkiem. Spotkanie z uczonym, który miał opinię szarlatana oraz nawiedzonego szaleńca, w Wokulskim wywołało decyzję wyboru nowej drogi życiowej - chciał służyć ludzkości oraz zdobyć sławę. Z kolei w profesorze, po rozmowach z Polakiem, wzmocniło się przekonanie o destrukcyjnym wpływie miłości. Geist pokazał Wokulskiemu swój wynalazek - metal lżejszy od powietrza, co bardzo zafascynowało bohatera. Dał wynalazcy trzysta franków, obiecując, że kiedyś zjawi się u niego jako pracownik.

Przez następne dni Wokulski dużo pracował. Musiał przejąć obowiązki Suzina, który wyjechał w celu załatwienia pozostałych interesów, radząc przedtem przyjacielowi, aby nie zawracał sobie głowy Łęcką, ponieważ był kupcem z dużą sumą pieniędzy (zwróciły mu się wydatki poniesione wcześniej w Warszawie). W liście od Rzeckiego bohater dowiedział się o poznanej przez subiekta pani Stawskiej. Aby spełnić prośbę przyjaciela i odszukać zaginionego męża kobiety, pojechał do poznanej baronowej, niegdyś interesantki w sprawie pożyczki i zlecił jej odszukanie Stawskiego

(płacąc cztery tysiące franków).

Nękany przez samotność, odwiedził poznanego profesora, od którego otrzymał kawałek wynalezionego metalu. Schował podarunek z złoty medalion, który zawiesił na szyi jako szkaplerz. Po kilku dniach otrzymał list od prezesowej Zasławskiej. Dowiedziawszy się, że odwiedza ją Izabela, natychmiast wrócił do Warszawy.

Rozdział III: Człowiek szczęśliwy z miłości

Po powrocie do kraju, Wokulski otrzymał listowne zaproszenie od prezesowej do odwiedzin jej majątku w Zasławku. Ponownie ożyły w nim siły witalne, nie liczyło się już nic, prócz rychłego ujrzenia Izabeli (nawet kolejny złoty interes, proponowany w liście Suzina, któremu odpisał, że zgadza się, ale na spotkanie do Moskwy przyjedzie dopiero w październiku).

W pociągu jadącym do Zasławka spotkał barona Dalskiego, starszego mężczyznę również jadącego do majątku. Nowy znajomy opowiedział, że mieszka u prezesowej już dwa miesiące, ponieważ oświadczył się młodziutkiej Ewelinie Janockiej, wnuczce starszej pani. Pokazał Wokulskiemu cztery pudełka, w których były szafiry (w bransolecie, broszy, naszyjniku oraz kolczykach) dla narzeczonej. Dalski był szalenie zakochany w dziewczynie.

Odnawiał dla niej swój dom, skupywał zagraniczne meble, a nawet sporządził testament, w którym zapisał przyszłej małżonce wszystko, co posiadał. Gdy wysiedli, baron rozmową umilał czas oczekiwania na konie. Opowiadał o niedzielach, gdy do prezesowej zjeżdżało się bardzo dużo gości. Obecnie w majątku przebywała jego narzeczona, Julian Ochocki, Kazimierz Starski (zalecający się do wdowy Wąsowskiej, właścicielki ogromnego majątku), a odwiedzał go często pan Łęcki z córką.

Rozdział IV: Wiejskie rozrywki

W Zasławku Wokulski zastał całą galerię arystokratycznych typów. Już podczas drogi do majątku spotkał Ochockiego, próżniaka Starskiego z wdową Wąsowską, narzeczoną barona (był świadkiem bardzo czułego powitania narzeczeństwa) oraz rezolutną blondynkę Felicję Janowską. Pobyt upływał na rozmowach, przejażdżkach i spacerach. Bohater dowiedział się mnóstwa nowych rzeczy. Okazało się, że Starski to tonący w długach bankrut, widzący jedyne wybawienie w bogatej narzeczonej.

Poznał też wiele tajników kobiecej psychiki, które zdradziła mu sympatyczna i oryginalna arystokratka - Wąsowska.

Gdy wybrali się razem na przejażdżkę konną, podczas której niedwuznacznie dawała mu do zrozumienia, że darzy go względami, a on dosadnie urwał rodzący się romans - oburzyła się, kazała mu odjechać i przysłać do siebie Starskiego, który z pewnością spełni jej zachcianki. Dzięki wizycie w Zasławku, Wokulski na własne oczy widział przykład rozumnego gospodarowania. Gdy wraz z prezesową robił codzienny przegląd stodół, obór i inwentarza, po raz pierwszy spotkał otyłych parobków i porządne czworaki.

Rozdział V: Pod jednym dachem

W chwili, gdy Wokulski z panią Wąsowską galopowali konno do majątku, do Zasławka przyjechała panna Izabela Łęcka (wiedziała, kogo tu zastanie - ciotka poinformowała ją o przyjeździe Stanisława w liście). Łęcka sądziła, że prezesowa zapisała majątek Kaziowi, lecz ta, przyznając mu tylko tysiąc rubli rocznie dożywotniej renty, całą resztę przeznaczyła „na podrzutków i nieszczęśliwe matki". Tym samym Izabela nie mogła liczyć na oświadczyny Starskiego, który już kiedyś zapowiedział, że nigdy nie poślubiłby „gołej panny".

Idealne rozwiązanie przyszłości kuzynki wymyśliła prezesowa, która chciała zbliżyć do niej lubianego Stanisława Wokulskiego. Dlatego też zaaranżowała spotkanie pod swoim dachem. Zdziwiona nieobecnością swego galanteryjnego amanta przy powitaniu, Łęcka udała się na odpoczynek. Po krótkiej chwili przyszła do niej Zasławska, która zachwalała Stanisława, mówiąc, że to dobry i zacny człowiek. Opowiedziała nawet o tym, jak kiedyś kochała się w jego stryju. Do Izabeli jednak żadne argumenty nie docierały, dla niej zawsze kupiec był człowiekiem drugiej kategorii.

Pewne poruszenie wywołało w niej jednak zainteresowanie Stanisławem ze strony Wąsowskiej: „Nie był to już jakiś tam kupiec galanteryjny, ale człowiek, który wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, którym zachwycał się baron, którego kokietowała Wąsowska". Gdy Stanisław dowiedział się o przyjeździe kobiety, był tak przejęty, iż nerwy odmawiały mu posłuszeństwa. Ponownie poddał się urokowi Izabeli, która podziękowała mu za ocalenie swej rodziny i przeprosiła za poprzednie zachowanie. W czasie obiadu bohater zauważył zalotne spojrzenia narzeczonej barona - Eweliny - w stronę Starskiego. Wiedział już, że panienka wychodzi za Dalskiego z litości i wyrachowania, a tak naprawdę kocha tego drugiego. Zrobiło mu się żal poznanego arystokraty. Przez parę następnych dni padało, a gdy się wypogodziło, całe towarzystwo pojechało na wycieczkę.

Rozdział VI: Lasy, ruiny i czary

Wyjechali na grzybobranie. Podczas drogi baron jak zawsze był zauroczony narzeczoną, Starski znowu miał względy u pani Wąsowskiej, a Ochocki powoził zaprzęgiem i wciąż umizgiwał się do Izabeli. Po przyjeździe do lasu piękna Wąsowska, świadoma uczuć Stanisława do Łęckiej,połączyła ich w parę w czasie poszukiwania grzybów, a sama zniknęła z Kaziem za wzgórzem.

Wokulski po raz pierwszy został z ukochaną naprawdę sam na sam. Jednak znudzona i egoistyczna Izabela, nieświadoma jego wewnętrznej walki, wspominała ubiegłoroczną trzydziestoosobową majówkę, na co bohater odpowiedział, że rok temu o tej porze był w Bułgarii i myślał o niej. Była zdziwiona i zmieszana. Zaczęła czynić mu pewne nadzieje. Na pytanie, czy pomimo tego, że nie należy do arystokracji, może zabiegać o jej względy, nie odpowiedziała konkretnie. Przez kilka następnych dni Wokulski dużo czasu spędzał na spacerach i rozmowach z Łęcką. Właśnie w takich chwilach był gotowy poświęcić dla niej życie...

Kilka dni później całe towarzystwo wybrało się zwiedzać ruiny zasławskiego zamku, w okolicach którego, na prośbę prezesowej, miał stanąć nagrobek upamiętniający postać stryja Wokulskiego. Gdy Stanisław znalazł proboszcza, który zgodził się na umieszczenie pamiątkowego napisu na zamkowym kamieniu i polecił człowieka, który go wykona, bohater poznał miejscowego rzemieślnika - Węgiełka. Fachowcowi poprzedniego roku spaliło się gospodarstwo z warsztatem, a teraz razem z matką mieszkał w ogrodowej chałupie. Stanisław obiecał mu pracę w Warszawie pod warunkiem, że dobrze wykona obecne zlecenie. Gdy wszyscy poszli na sąsiednie wzgórze, a Wokulski wskazał kamień do napisu, Węgiełek opowiedział swemu dobroczyńcy i jego towarzyszce wzruszającą legendę o śpiącej królewnie. Na zakończenie opowieści Stanisław zapytał Izabelę: „Obudzisz się ty, moja królewno?", a kobieta wymijająco odpowiedziała: „Nie wiem, może".

Nazajutrz rano, po liście wzywającym ją do Warszawy, Łęcka wyjechała. Przedtem zgodziła się na odwiedziny Wokulskiego w warszawskim mieszkaniu. Wkrótce potem Stanisław także opuścił Zasławek. Zaprosił do siebie Ochockiego, opowiadając o wynalazku widzianym w Paryżu, który zaskoczy każdego. Po pożegnaniu i deklaracji Juliana o rychłych odwiedzinach, Wokulski wstąpił jeszcze po Węgiełka i razem udali się w kierunku miasta.

Rozdział VII, VIII, IX: Pamiętnik starego subiekta

Kolejne trzy rozdziały powieści zajmują zapiski starego subiekta. Występują w nich rozważania na tematy polityczne, jak również analizy ówczesnych wydarzeń.

Ignacy Rzecki relacjonował opinie i sądy krążące po Warszawie o Stanisławie Wokulskim, którego jedni uważali za nieuczciwego hochsztaplera (plotki traktowały o zamiarze sprzedania sklepu i ożenku z panną Łęcką), inni posądzali o rozchwianie umysłu. Pewnego dnia pojawił się u niego Maruszewicz i próbował wyłudzić od starego subiekta prowizje za pośrednictwo w sprzedaży kamienicy Łęckich.

Pan Ignacy bardzo dużo czasu spędzał u pani Stawskiej i jej matki pani Misiewiczowej oraz relacjonował w swoim dzienniku życie kamienicy, między innymi dowcipy niepłacących czynszu studentów oraz kłócącą się z nimi baronową. Udało mu się nawet nakłonić Stacha do złożenia wizyty swoim lokatorom. Podczas poznawania mieszkańców budynku, jego uwagę zwróciła pani Helena.

Pewnego dnia, będąc z wizytą u poznanych kobiet, Rzecki dowiedział się o zamiarze sprzedaży sklepu przez Wokulskiego. Aby przestać rozmyślać nad swym losem, jeszcze częściej przesiadywał u pięknej Heleny. Ta opowiedziała mu pewnego dnia o jednej ze swych wizyt u baronowej Krzeszowskiej, która pokazała małej Helence piękną lalkę należącą niegdyś do jej nieżyjącej córki. Od tamtej chwili dziewczynka zapragnęła posiadać podobną.

Losy kamienicy rozstrzygnęły się definitywnie, gdy Krzeszowska za sto tysięcy rubli odkupiła ją od Wokulskiego (wcześniej próbowała zaniżyć cenę budynku, przysyłając najpierw listy z groźbami i pomówieniami, a w końcu swojego adwokata). Kobieta zaprowadziła tam nowe porządki: podwyższyła natychmiastowo czynsz i odmówiła lokalu studentom. W tym czasie Pani Stawska, ulegając namowom pana Ignacego, w sklepie Stacha kupiła dla swojej córeczki lalkę po wyjątkowo niskiej cenie. To spowodowało, że nienawidząca ją za rzekomy romans z baronem Krzeszowska, przy pomocy Maruszewicza, posądziła kobietę o kradzież lalki po zmarłym dziecku. Aby wesprzeć niewinną i przestraszoną Helenę, główny bohater znalazł dla niej pracę kasjerki w jednym ze swoich sklepów.

W procesie, do którego doszło i który został połączony z innym przeciwko studentom (baronowa wytoczyła im sprawę za niepłacenie czynszu, co zbytnio ich nie zmartwiło i nie ukróciło żartów), Stanisław udowodnił, że przedmiot sporu został zakupiony w jego sklepie. Dzięki temu wszystko wyjaśniło się na korzyść pani Stawskiej.

Pan Rzecki nie przestawał marzyć o ożenku Stacha z panią Heleną, aby nie być teoretykiem, podjął się swatania pary. Dowiedział się, że przyjaciel sprzedał sklep Szlangbaumom oraz o tym, że ludzie śmieją się ze Stacha, który według nich na siłę wpycha się do salonów. Z kolei główny bohater przeżywał kolejne rozterki miłosne - nie dostał zaproszenia na bal u księcia, jeszcze większą dezorientację wywołało w nim nadejście spóźnionego bileciku na dzień przed przyjęciem, co było wyrazem lekceważenia jego osoby.

Po namowach starszego przyjaciela, wieczór spędził w towarzystwie pani Stawskiej. Plany Rzeckiego jednak się nie spełniły: przypadkiem ujrzał Stacha spacerującego pod oknami pałacu księcia, tęsknie spoglądającego w jego okna. Nie poddając się, nadal planował związek głównego bohatera z córką pani Misiewiczowej. Wirski opowiedział subiektowi o zabawnej scenie eksmisji studentów w asyście komornika i ślusarza, odbywającej się przez okno.

Rozdział X: Damy i kobiety

Podczas trwającego karnawału triumfy w salonach święciła znowu panna Izabela. Do kobiety docierała czasem myśl, iż to być może efekt częstej bytności u nich pana Stanisława i jego pomocy przy pomnażaniu kapitalików gości. Coraz częściej także słyszała, jak niektóre damy „z towarzystwa" zachwalały bohatera jako dobrą partię na męża (twierdził tak nawet sam książę).

Pewnego dnia kuzynkę odwiedziła pani Wąsowska wraz z Julianem Ochockim. Na pytanie o prawdziwość plotki o oświadczynach Stanisława, Izabela odpowiedział wymijająco: „może tak, może nie". Kazimiera opowiadała, jak przy łóżku chorej prezesowej czuwał Starski w nadziei na pierwsze miejsce w jej testamencie. Izabelę nie bardzo zmartwił stan ciotki. Zdenerwowała się natomiast zdaniem Zasławskiej, która negatywnie wypowiedziała się o traktowaniu przez nią Stanisława. Wąsowska powtórzyła opinię starszej pani, według której Izabela nie zasługiwała na Wokulskiego, ponieważ był za dobry dla niej - rozpieszczonej panny.

W rozmowie z Wąsowską kapryśna Izabela szczyciła się faktem, iż owinięty dookoła jej palca Wokulski gotowy był rzucić do jej stóp cały swój zgromadzony majątek. Była dumna z możliwości nieskrępowanego flirtowania i ze swej opinii salonowej lalki. Bohater natomiast nadal idealizował swą wybrankę, mimo iż wciąż nie otrzymał konkretnej odpowiedzi o jej zamiarach. Od czasu do czasu zastanawiał się jednak nad jej skłonnością do odwzajemniania sympatii adorującym ją mężczyznom. W bohaterze coraz bardziej wzmagały się wątpliwości, co do trafności wyboru obiektu swych gorących uczuć.

Wieczorami odwiedzał panią Stawką, przez co coraz bardziej widział negatywne cechy Łęckiej (ujawniały się w kontraście z dobrą i prostolinijną naturą pani Heleny). Między bohaterem a inteligentną Stawską zawiązała się nić przyjaźni: u niej czuł się dobrze i bezpiecznie. Kobieta dostrzegła w galanteryjnym kupcu wartościowego i silnego mężczyznę, a on w niej anielskie serce. Ludzie zaczęli plotkować, iż była utrzymanką Stanisława. Dostawała szkalujące anonimy, w których obrzucano ją najgorszymi epitetami. To wszystko jednak pozwoliło kobiecie uświadomić sobie uczucie, którym obdarzyła bohatera.

Rozdział XI: W jaki sposób zaczynają się otwierać oczy

Niecne plotki doszły także do uszu Ignacego Rzeckiego i wywołały w starszym mężczyźnie falę przygnębienia. Aby podzielić się z kimś swoimi przemyśleniami, złożył wizytę doktorowi Szumanowi, którego zastał nad rachunkami sklepu kupionego przez Szlangbauma. Podczas rozmowy na temat ich wspólnego przyjaciela doktor skrytykował marzycielstwo Wokulskiego, które według niego było przyczyną tragedii bohatera. Szuman wygłosił także pochwałę pieniądza, siły napędowej społeczeństwa (podziwiał finansowe zdolności Żydów). Przyznał, iż niestety polskie realia nigdy nie pozwolą odnieść sukces wybitnej jednostce. Wypowiedział się również o marnowaniu talentu przez Ochockiego, a przyczynę takiego stanu widział w zadufanej arystokracji, z której Julian się wywodził.

W czasie Wielkiego Postu do Warszawy przyjechał słynny skrzypek Molinari. Choć Stanisław miał o jego umiejętnościach i osobie bardzo niskie mniemanie (doniesiono mu, iż to bawidamek i kobieciarz), to jednak na listowną prośbę Izabeli zaangażował się w doprowadzenie do jej spotkania z włoskim muzykiem, do którego jednak nie doszło (Wokulski nie był w stanie dalej brnąć w niezręczną sytuację). To wydarzenie spowodowało, ze bohater dostrzegł ślepy zachwyt Łęckiej podrzędnym skrzypkiem, do którego garnęły się wszystkie kobiety. Powoli zaczęła do niego docierać prawda o Izabeli... 

Po powrocie do domu zastał Węgiełka, chcącego się pożegnać przed powrotem do Zasławia. Podzielił się ze swym dobroczyńcą pragnieniem ślubu z Marianną. Poprosił Wokulskiego o zgodę, którą ten natychmiast wyraził, przeznaczając jednocześnie pieniądze na posag dziewczyny i prosząc, aby przed ślubem kamieniarz go odwiedził.

Podczas koncertu Molinariego Wokulski odkrył niczym nieuzasadnioną fascynację Izabeli kiepskim artystą (nie odstępował go na krok). Nie krył swojego obrzydzenia i poirytowany opuścił towarzystwo, co skomentowali Ochocki i Wąsowska. Kobieta wyraziła swą obawę o zbliżającej się tragedii, na co Julian odpowiedział, że Stanisław z pewnością porzuci wszystko by realizować się w badaniach naukowych. Po powrocie do domu bohater, wskutek doznanego szoku i zdegustowania, popadł w apatię, ponownie nawiedzały go przywidzenia. Pocieszenie dawały mu coraz częstsze wizyty u Heleny Stawskiej, do których zachęcał go pan Ignacy. Po doniesieniach przyjaciela o listownym szkalowaniu kobiety, Wokulski wysłał Rzeckiego z propozycją. W imieniu bohatera stary subiekt zachęcił Helenę do otwarcia swego własnego sklepu (na który Stanisław dał fundusze).

Pewnego razu Wokulski spotkał Kazimierę Wąsowska. Rozmowa z nią była kolejnym bodźcem wyrywającym go z otępienia. Arystokratka zapewniła go, iż zachowanie kuzynki na raucie z Molinarim było jedynie odwetem za zainteresowanie Stanisława panią Heleną i podkreśliła, iż Łęcka darzy skrzypka jedynie pogardliwym stosunkiem. Wokulski, w przypływie nowej nadziej na wspólną przyszłość, natychmiast złożył wizytę ukochanej, wyznał skruchę i podarował medalion z próbką metalu od Geista, co było równoznaczne z oświadczynami, ze złożeniem swego losu w ręce panny Izabeli. Kobieta przyjęła dowód miłości i poinformowała o tym panią Wąsowską, chłodno nastawioną do ich związku.

Któregoś dnia pan Ignacy poinformował przyjaciela o ważnej nowinie: Ludwik Stawski żył pod przybranym nazwiskiem w Algierze, wskutek czego jego żona zrezygnowała z założenia sklepu i, by uniknąć dalszego wstydu - zastanawiała się nad wyjazdem pod Częstochowę.

Rozdział XII: Pogodzeni małżonkowie

Baronowa Krzeszowska bardzo się zmieniła, czuła się samotna w wielkim mieszkaniu. Na wieść o nowych długach męża i podejrzewając jego rychłego powrotu - zleciła Maruszewiczowi kupno nowych kapci i szlafroka. Nie myliła się. Parę dni później lokaj barona oznajmił powrót pana. Małżeństwo się pogodziło. Zadłużony na trzydzieści dziewięć tysięcy rubli baron Krzeszowski powrócił do domu z jedną walizką, wiernym służącym Leonem i kucharzem, co spowodowało koniec procesów żony z lokatorami. Baronowa zaczęła po cichu spłacać długi męża, a on w swoim zwyczaju ożywił domowe pielesze wizytami ludzi z towarzystwa.

Gdy Krzeszowski przyszedł do Rzeckiego, chcąc odebrać zaległe pieniądze ze sprzedaży klaczy Wokulskiemu, na jaw wyszły malwersacje Maruszewicza przy pośredniczeniu w kupnie zwierzęcia (zawłaszczył dwieście rubli i sfałszował podpis barona). Malwersant pojawił się po kilku dniach u Stanisława. Zaczął szantażować byłego szefa, iż jeśli zamierza wtrącić go do więzienia, to on popełni samobójstwo. Wokulski, pochłonięty jedynie świadomością, że ukochana przyjęła oświadczyny i gotów „umrzeć u nóg panny", w przypływie wspaniałomyślności zniszczył sfałszowany i hańbiący Maruszewicza weksel, co potraktowano w środowisku jako wyraz bezsilności kupca (a przecież uratował niegodziwca przed więzieniem).

Rozdział XIII: Tempus fugit, aeternitas manet (łac. Czas ucieka, wieczność pozostaje)

Fakt przyjęcia oświadczyn przez Izabelę wywołał w bohaterze „dziwną rzewność i współczucie", poczuł „niepokonaną potrzebę robienia dobra innym". Dlatego też porzucił prowadzenie sklepu, poświęcając się spółce do handlu ze Wschodem. W tym czasie wykonał kilka dobroczynnych gestów, między innymi swoim byłym subiektom, Lisieckiemu i Klejnowi, zapisał po cztery tysiące rubli tytułem zadośćuczynienia szkodom, jakich doznali, gdy sprzedał sklep Szlangbaumowi. Poza tym około dwunastu tysięcy rubli przeznaczył na gratyfikacje dla inkasentów, woźnych, parobków i furmanów, a Węgiełkowi wyprawił huczne wesele, dał kilkaset rubli w prezencie i trzymał do chrztu urodzoną w tym czasie córeczkę furmana Wysokiego (ponieważ dano jej imię Izabela, złożył dla dziewczynki pięćset rubli jako posag). Jakby tego było mało, zatroszczył się o finansową przyszłość pani Heleny Stawskiej, z powodu której miał wyrzuty sumienia.

Cały czas analizował imię „Izabela": zamierzał nawet kupić mały folwark pod Warszawą i nazwać go „Izabelinem". Aby nie rozstawać się z ukochaną, nie wziął nawet udziału w pogrzebie prezesowej Zasławskiej.

Gdy zachorowała siostra pana Tomasza, mieszkająca w Krakowie, Łęccy zaproponowali bohaterowi wspólną podróż koleją w odwiedziny do chorej. Wokulski z przyjemnością skorzystał z propozycji, zarezerwował nawet wagon salonowy, lecz jego szczęście popsuł dołączający do wycieczki Kazio Starski (jechał przez Karków do Wiednia). W przedziale Stanisław był świadkiem angielskojęzycznej rozmowy Izabeli i Starskiego, którzy nie podejrzewali, że Wokulski nauczył się tego języka u rodowitego Anglika - Collinsa. Mimo woli usłyszał prawdę o sobie: według ukochanej, choć był już stary, to jednak na męża się nadawał... Podczas rozmowy Wokulski dowiedział się o zgubieniu przez narzeczoną medalionu z próbką metalu z pracowni Geista (ofiarowując podarunek, bohater w imię miłości wyrzekał się sławy, ten dar miał wartość symboliczną) w niedwuznacznej sytuacji z kuzynem. Ta bolesna wiadomość spowodował, że Wokulski doznał szoku, czuł, że „coś w nim pękło, coś go oświeciło i coś się skończyło".

W gorączce uniesienia i wzburzenia Stanisław na najbliższej stacji poprosił konduktora, by ten przyniósł mu fikcyjny telegram wzywający do natychmiastowego powrotu do Warszawy. Tak też się stało. Wysiadł w Skierniewicach (oświadczając Łęckiemu, że woli „powracać na lokomotywie, niż czekać parę godzin na pociąg do Warszawy" oraz Starskiemu, że może żądać od niego satysfakcji, ponieważ do tej pory nie był świadomy, iż wchodzi do czyjegoś ogródka). Co ciekawe, dopiero wówczas wydał się Izabeli godny zainteresowania.

Po opuszczeniu pociągu błądził po nasypie wzdłuż stacji. W myślach był na siebie zły za romantyczny idealizm, który spowodował ubóstwianie niegodnej tego kobiety. Mając poczucie emocjonalnego wyniszczenia, upadając i powstając, usiłował popełnić samobójstwo i rzucił się pod koła pociągu. Spod kół wyciągnął go dróżnik Wysocki, brat furmana, któremu kiedyś pomógł (na jego prośbę kolejarza przeniesiono z Częstochowy do Skierniewic). Bohater czuł się zdruzgotany i wykończony psychicznie. Dając dróżnikowi kilka sturublówek poradził, by na drugi raz nie ściągał żadnego człowieka z torów.

Rozdział XIV: Pamiętnik starego subiekta

Ignacy Rzecki nie czuł się najlepiej, był zmęczony życiem, a jedyne swe nadzieje pokładał w Stachu Wokulskim i Napoleonie IV, do takiego stanu doprowadziło go odsunięcie od czynnego życia, jakim było dla niego prowadzenie sklepu (który Wokulski sprzedał Henrykowi Szlangbaumowi). Subiekt obserwował, jak Żyd, czując się właścicielem w pełnym tego słowa znaczenie, zachowywał się pogardliwie i arogancko wobec podwładnych, wyrzucił z pracy inkasenta za rzekomy brak właściwego szacunku.

Niepokoił się zachowaniem Wokulskiego, gdyż od Szumana dowiedział się o zerwaniu zaręczyn z Łęcką. Obserwując nagły wyjazd i jeszcze szybszy powrót Stacha, podejrzewał tajemnicze interesy z Suzinem. Zamieszkał u niego Mraczewski, od którego dowiedział się, że pomagał pani Stawskiej urządzać sklep w Częstochowie oraz, że gdy wyznał jej miłość, ta wybuchła płaczem. Do opowieści konkurenta o rękę Heleny odnosił się z dystansem i chłodem, nadal bowiem marzył o małżeństwie Stacha z tą dobrą kobietą. W końcu postanowił zrealizować swoje długoletnie marzenie i wyjechać na wieś, nie doszło jednak do tego, ponieważ, mimo kupna biletu i spakowania bagaży, z pociągu wyskoczył po trzecim dzwonku. Uświadomił sobie, ze nie może zostawić Warszawy.

Rozdział XV: Dusza w letargu

Tytuł rozdziału odnosi się do stanu emocjonalnego Wokulskiego po rozstaniu z Łęcką. Bohater przypominał sobie, w jaki sposób dostał się ze Skierniewic do Warszawy. Po powrocie dzień mylił mu się z nocą, stracił rachubę czasu. Zamknął się w mieszkaniu na całe tygodnie, pragnąc jedynie zapaść się pod ziemię, co wyznał odwiedzającemu go doktorowi Szumanowi. Czując, że traci pamięć - przypominał sobie tabliczkę mnożenia. Z namiętnością czytał książki z lat młodzieńczych, w szczególności zaś „Don Kichota" - powieść o błędach idealizmu. Oglądał reprodukcje malarstwa oraz rozważał ucieczkę do bezpiecznej przestrzeni pracowni profesora Geista.

Na początku czerwca jego obowiązki i pozycję społeczną przejął Henryk Szlangbaum. Nie zainteresował go nawet fakt, iż Żyd złamał obietnicę pozostawienia w sklepie jego pracowników. Po jakimś czasie otworzył list z Paryża, który otrzymał jakiś czas temu. Baronowa, której powierzył misję odszukania Ludwika Stawskiego donosiła, iż mężczyzna nie żyje. Nie miał siły poinformować o ty czekającą na wiadomości Helenę.

Podjął ostateczną decyzję rezygnacji z prowadzenia spółki do handlu ze Wschodem (mimo starań i próśb księcia, był nieugięty w swym postanowieniu, a kierownictwo powierzył Szlangbaumowi i Szumanowi, co spowodowało, że książę również od niej odstąpił). Gdy Szuman próbował go od tego odwieść, starania doktora spełzły na niczym. To skłoniło go do wygłoszenia zdania na temat upadłej arystokracji, polskim społeczeństwie pozbawionym inteligencji oraz sile żydowskiego narodu.

W trakcie wizyty Węgiełka, zamierzającego założyć fabrykę, Stanisław dowiedział się o trudnej historii małżeństwa i urazie do żony w skutek jej wcześniejszej znajomości ze Starskim (wyznał, iż to on pierwszy ja „zbałamucił"). Kamieniarz wyznał, że od poznania tej tajemnicy, zmienił sposób traktowania Marianny.

Od Ochockiego dowiedział się z kolei o rozejściu barona Dalskiego z żoną Eweliną, czego przyczyną był jej romans z Kazimierzem (baron nawet pojedynkował się, ale na szczęście żaden z nich nie zginał) oraz o próbach obalenia testamentu prezesowej przez Starskiego, który uciekł za granicę ścigany przez wierzycieli. Podczas tej rozmowy Stanisław zaproponował wspólny wyjazd do Paryża, do pracowni profesora Geista. Ta rozmowa dostarczyła Stanisławowi energii. Kupił precyzyjną wagę i zaczął robić badania i analizy chemiczne. Po propozycji właściciela domu, odstąpił mężczyźnie swoje mieszkanie.

Zaczął częściej wychodzić do miasta, a nawet spotkał się z Wąsowską. Gdy czyniła mu wymówki o sposób, w jaki potraktował Izabelę i podjęła próbę ich pogodzenia (przywiozła list, w którym Łęcka pisała o nudzie i samotności), ten uświadomił sobie urok zmysłowej negocjatorki. Stanął po stronie Dalskiego i poparł jego rozwodową decyzję, co wywołało w rozmówczyni oburzenie (uważała, że żona może romansować, a mąż nie ma prawa sprzeciwu, twierdząc, że w ich środowisku wychodzi się za mąż dla pieniędzy, a nie z miłości). 

Gdy pan Ignacy, podupadający na zdrowiu i tęskniący za Augustem Katzem, zachęcał go do złożenia wizyty pani Helenie, ten puszczał jego propozycję mimo uszu i obwieścił planowany wyjazd w interesach do Moskwy. Spotkał się jeszcze dwa razy z Wąsowską, adwokatem i rejentem, a po uregulowaniu wszystkich spraw wyjechał, a jego majątek (sprzęty, konie, powóz i inne rzeczy) wykupił Henryk Szlangbaum.

Rozdział XVI: Pamiętnik starego subiekta

Z migawkowych i urywkowych zapisów starego subiekta dowiadujemy się o śmierci Ludwika Napoleona w Afryce w 1873 roku, o wyjeździe do Astrachania jego ulubionego subiekta - Lisieckiego, o narastaniu wrogich nastrojów do przejmujących polski handel Żydów oraz o pogarszającym się stanie zdrowia i przygnębieniu autora pamiętnika. Subiekt pisał także o wyjeździe Stacha do Moskwy w sprawie interesów z Suzinem oraz o przyjęciu przez panią Stawską

Mraczewskiego. Mimo tak niekorzystnego obrotu wydarzeń, Rzecki nie przestawał wierzyć w politykę i niespodziewany powrót Stacha.

Rozdział XVII: ...?...

Relacja narratora w trzeciej osobie. Gdy sklep został przejęty przez Henryka Szlangbauma, pan Rzecki nie widział już dla siebie miejsca wśród nowych subiektów. Odwiedzali go liczni znajomi, a wśród nich doktor Szuman (podczas jednej z wizyt nazwał Wokulskiego „polskim romantykiem") oraz Julian Ochocki, egzekutor testamentu prezesowej, który doniósł panu Ignacemu o śmierci

Łęckiego (o apopleksję zakończoną śmiercią przyprawiło go odesłanie marszałka przez swoją córkę) i w konsekwencji tego o wycofaniu się wszystkich adoratorów panny Izabeli. W rozmowie ze starym subiektem młody wynalazca przedstawił swoje zdanie o bezczynności arystokracji oraz zapewnił o ogromnym szacunku, którym darzył Wokulskiego.

Do uszu Rzeckiego dochodziły liczne plotki o miejscu pobytu Wokulskiego. Z jednej strony miał przebywać na wschodzie, a później przedostać się do Ameryki, a z drugiej widziano go przy zakupie naboi dynamitowych w Zasławku.

Na początku października adwokat Wokulskiego publicznie odczytał jego testament, z którego wynikało, że część majątku przypadała Ochockiemu, Rzeckiemu, pani Stawskiej, jak również Węgiełkowi oraz braciom Wysockim. Gdy do subiekta przyszedł list od Węgiełka, pan Ignacy dowiedział się o wybuchu w zasławskim zamku, z czego doktor Szuman wysnuł hipotezę o śmierci Wokulskiego w ruinach.

Niewierzący w takie zakończenie, przekonany o pobycie przyjaciela w pracowni Geista, stary subiekt postanowił otworzyć sklep będący konkurencją dla Szlangbauma. Dowiedziawszy się, że jego były podwładny, a obecny właściciel sklepu podejrzewa go o wynoszenie towarów - zdenerwowany pan Rzecki nagle zasłabł, a później zmarł.

Przybyli do jego mieszkania na zawołanie służącego, doktor Szuman z Ochockim i Maruszewiczem dowiedzieli się od wynalazcy o zamiarze wstąpienia panny Izabeli do klasztoru. Julian ponadto nazwał pana Ignacego ostatnim romantykiem i obwieścił wszystkim nowinę o swoim planowanym wyjeździe do Paryża. Na pytanie Szumana, kto zostanie w Warszawie, jednogłośnie odpowiedzieli: Henryk Szlangbaum, żydowski lichwiarz, i Maruszewicz, polski malwersant.

Czas i miejsce akcji w „Lalce"

Czas akcji

Czas w powieści, w imię przestrzegania konwencji realistycznej, jest ściśle określony.

Akcja właściwa powieści obejmuje niecałe dwa lata, okres od marca 1878 („W początkach roku 1878, kiedy świat polityczny zajmował się pokojem san-stefańskim, wyborem nowego papieża albo szansami europejskiej wojny, warszawscy kupcy tudzież inteligencja pewnej okolicy Krakowskiego Przedmieścia niemniej gorąco interesowała się przyszłością galanteryjnego sklepu pod firmą J. Mincel i S. Wokulski" - początek powieści) do schyłku października 1879 roku, natomiast pamiętniki Ignacego Rzeckiego (czas akcji uprzedniej, czyli retrospekcje) rozszerzają ją do początków XIX w. (subiekt rozpoczyna swoje wspomnienia od lat 30. XIX wieku), a nawet, w przytoczeniach opowieści jego ojca, do czasów napoleońskich.

Dzięki wprowadzeniu Pamiętnika starego subiekta autor wzbogacił swą powieść o perspektywę historyczną, opisując w niej zamkniętą epokę narodowowyzwoleńczych walk: Wiosny Ludów (1848) i powstania styczniowego (1863).

Wskutek tego zabiegu czas fabularny „Lalki" to prawie pół wieku, co w konsekwencji powoduje, iż dzieło Prusa staje się panoramą życia społecznego i przemian w nim zachodzących.

Miejsce akcji

Właściwa akcja powieści toczy się w realiach dziewiętnastowiecznej Warszawy, a dokładniej na ulicach (przykładem tego jest obszerny opis warszawskiej ulicy w czerwcu, umieszczony w rozdziale jedenastym tomu pierwszego: „W czerwcu fizjognomia Warszawy ulega widocznej zmianie. Puste przedtem hotele napełniają się i podwyższają ceny (...)Na ulicach, w ogrodach, teatrach, w restauracjach, na wystawach, w sklepach i magazynach strojów damskich widać figury nie spotykane w zwykłym czasie. Są nimi tędzy i opaleni mężczyźni w granatowych czapkach z daszkami, w zbyt obszernych butach, w ciasnych rękawiczkach, w garniturach pomysłu prowincjonalnego krawca. Towarzyszą im gromadki dam, nie odznaczających się pięknością ani warszawskim szykiem, tudzież niemniej liczne gromadki niezręcznych dzieci, którym z ust szeroko otwartych wygląda zdrowie. Jedni z wiejskich gości przyjeżdżają tu z wełną na jarmark, drudzy na wyścigi, inni, ażeby zobaczyć wełnę i wyścigi; ci dla spotkania się z sąsiadami, których na miejscu mają o wiorstę drogi, tamci dla odświeżenia się w stolicy mętnej wody i pyłu, a owi męczą się przez kilkudniową podróż sami nie wiedząc po co"), w parkach, sklepach, budynkach i kościołach.

Powieść, dzięki realistycznym i dokładnym opisom (sprecyzowane miejsca pobytu bohaterów: sklep Mincla był na Podwalu, Wokulskiego na Krakowskim Przedmieściu; główny bohater z okien swego mieszkania widział pomnik Kopernika, chodził na spacery do Łazienek, jeździł Alejami Ujazdowskimi) jest świadectwem epoki pozytywizmu (bohaterowie noszą właściwe dla ducha epoki stroje, wygłaszają wyznawane i popularne wówczas poglądy) oraz czyni z ówczesnej Warszawy pełnoprawnego bohatera.

Wraz z głównym bohaterem odwiedzamy także Paryż (przytoczę opis umieszczony w rozdziale pierwszym tomu drugiego: „Wyszedł przed bramę [Wokulski] i zatrzymał się na chodniku. Ulica szeroka, wysadzona drzewami. W jednej chwili przelatuje około niego ze sześć powozów i żółty omnibus, naładowany podróżnymi wewnątrz i na dachu. Na prawo, gdzieś bardzo daleko, widać plac, na lewo - pod hotelem - niedużą markizę, a pod nią gromadę mężczyzn i kobiet, którzy siedzą przy okrągłych stoliczkach, prawie na chodniku, i piją kawę") oraz Zasławek: „Znajdowali się już na terytorium należącym do prezesowej i właśnie Wokulski przypatrywał się rezydencji. Na dość wysokim, choć łagodnym wzgórzu wznosił się piętrowy pałac z dwoma parterowymi; skrzydłami. Za nim zieleniły się stare drzewa parku, przed nim rozścielała się jakby wielka łąka, poprzecinana ścieżkami, tu i ówdzie ozdobiona klombem, posągiem albo altanką. U stóp wzgórza połyskiwała obszerna płachta wody, oczywiście sadzawka, na której kołysały się łódki i łabędzie. Na tle zieloności pałac jasnożółtej barwy z białymi słupami wyglądał okazale i wesoło. Na prawo i na lewo od niego widać było między drzewami murowane budynki gospodarskie" [opis odnajdziemy w rozdziale czwartym tomu drugiego].

Interpretacja tytułu „Lalki" i temat utworu

TYTUŁ

Są przynajmniej dwie interpretacje tytułu:

1.Lalką jest Izabela Łęcka. Takie przekonanie uzasadnia wypowiedź prezesowej Zasławskiej, oceniającej współczesne sobie kobiety jako lalki: „Co mnie jednak dziwi najmocniej - prawiła - to okoliczność, że na podobnych lalkach nie poznają się mężczyźni".

2.Sam pisarz tłumaczył, że tytuł odnosi się do procesu wytoczonego o lalkę przez baronową Krzeszowską pani Stawskiej, będącego jednym z epizodycznych wątków powieści (nawiązanie w tytule do tego epizodu wskazuje na kronikarski charakter powieści, której autor rejestruje wiele sytuacji z realiów codziennego życia w Warszawie lat 70. XIX wieku).

TEMAT

Bolesław Prus, zapytany o powody napisania „Lalki", powiedział, iż chciał „przedstawić naszych polskich idealistów na tle społecznego rozkładu".

Pisarz tę grupę postrzegał jako niezrozumiałych przez mieszkańców Polski, postrzeganej jako zbiorowość w stanie rozkładu: „Jest to (...) obraz stojącej wody, gdzie drzemią ślimaki i pływają drobne rybki, ale zupełnie brakuje dużych ryb i szerszego ruchu. Z sadzaweczki tej (...) od czasu do czasu wydobywają się na wierzch jakieś bąble, te puste bańki wydobywające się na powierzchnię społeczeństwa może dadzą początek jakimś odświeżającym prądom; dzisiaj są one dowodem, że... duch społeczeństwa jeszcze nie skrzepnął i nie zamarł", bez współpracy poszczególnych warstw:

„Jest prawdą niezbitą, a nad wszelki wyraz smutną, że inteligencja nie ma żadnej spójni z chłopem, nie zna go, nie rozumie, nie widzi i nie wpływa na niego. Żydowski szynkarz i lichwiarz, pokątny doradca, nawet złodziej zesłany na pobyt w jakiejś okolicy posiada u chłopów więcej zaufania i powagi aniżeli inteligencja, mianująca się kierownikiem społeczeństwa". Pisarz twierdził, iż: „Nie ma większej boleści, większego wstydu, jak stać się obcym wśród swoich i dla swoich. Jest to zaś punkt, do któregośmy już doszli".

Bolesław Prus - biografia

Bolesław Prus to pseudonim artystyczny Aleksandra Głowackiego. W jego biografii jest mnóstwo niedopowiedzeń i luk. Ostatnio zażegnano spór dotyczący czasu i miejsca jego urodzin i przyjęto datę 20 sierpnia 1847 roku, a miejsce: okolice Lublina (dokładnie miejscowość Hrubieszów). Pisarz zmarł przeżywszy prawdopodobnie sześćdziesiąt pięć lat, w Warszawie. Właśnie to miasto uczynił bohaterem swoich licznych dzieł.

W pracy zatytułowanej Bolesław Prus 1847 - 1912. Kalendarium życia i twórczości autorstwa Krystyny Tokarzówny i Stanisława Fity czytamy: „Herb «Prus», którego główny motyw stanowi znak półtora księżyca, był jednym z najbardziej rozpowszechnionych wśród szlachty i posiadał trzy odmiany i dwadzieścia sześć wariantów (...) rodziny posługujące się tymi herbami były pochodzenia pruskiego". Do jednej z tych rodzin należała rodzina Głowackich.

Rodzice Aleksandra - Antoni i Apolonia z domu Trembińską - pobrali się w 1831 roku w miejscowości Wożuczyn.

Do dziś w tamtejszej parafialnej księdze ślubów można znaleźć wpis: „Działo się w Wożuczynie, dnia dwudziestego listopada tysiąc osiemset trzydziestego pierwszego roku o godzinie czwartej po południu (...) na dniu dzisiejszym zawarte zostało religijne małżeństwo między urodzonym Antonim Głowackim, kawalerem i ekonomem, mającym podług metryki lat trzydzieści, z urodzonego Tomasza Głowackiego i Marianny z Barańskich małżonków spłodzonym synem, we wsi Wożuczynie zamieszkałym, a panną urodzoną Apolonią Trębińską [błąd], mającą podług metryki lat dwadzieścia, z urodzonego Wincentego Trębickiego i Marcjanny z Kałuskich małżonków spłodzoną córką, w Wożuczynie zamieszkałą, przy rodzicach zostającą."

Para po ślubie mieszkała w Wożuczynie, skąd pochodziła Apolonia. Antoni Głowacki pracował w charakterze ekonoma w majątku Jana Wydżgi - „dziedzica dóbr Wożuczyna". 8 października 1832 roku na świat przyszło pierwsze dziecko Głowackich - Brygida Emilia. Dziewczynka zmarła jednak bardzo szybko. Dwa lata później urodził się Leon Albert, pierwszy syn w rodzinie. W 1847roku Głowaccy przenieśli się do Żabcza, wsi, w której Antoni otrzymał posadę prywatnego oficjalisty.

20 sierpnia 1847 roku o jedenastej w nocy w Hrubieszczowie urodził się Aleksander. Matka przyszłego artysty nie chciała, by jej syn przyszedł na świat w Żabczu: „Istniej w Hrubieszczowie ustna tradycja, mówiąca o tym, że proboszcz parafii hrubieszczowskiej, ksiądz Feliks Troszczyński, był krewnym Apolonii (...) i u niego to na plebani miało przyjść na świat dziecko. Matka prawdopodobnie ze względu na swój zły stan zdrowia nie chciała odbywać połogu w zapadłej wsi, Żabczu, i skorzystawszy z gościny krewnego oczekiwała rozwiązania w miasteczku, gdzie miała zapewnioną opiekę lekarską" (K. Tokarzówna, S. Fita).

26 grudnia 1847 roku miał miejsce chrzest Aleksandra Głowackiego. Jego rodzicami chrzestnymi zostali ksiądz Feliks Troszczyński i Joanna Grodecka - dziedziczka pobliskiego Gródka.

18 sierpnia 1849 roku Antoni Głowacki odziedziczył w spadku po bracie majątek w Maszczowie, gdzie przeprowadził się z całą rodziną. W wieku trzydziestu siedmiu lat zmarła Apolonia Głowacka, Aleksander miał wówczas dwa i pół roku. Przyczyną śmierci kobiety była gruźlica. Owdowiały Antoni z trudem spłaca swojego brata Jana, któremu był winny część spadku. Rodzina Głowackich znalazła się przez to w trudnej sytuacji materialnej.

W wieku siedmiu lat Aleksander przeszedł pod opiekę ciotki Domiceli Olszewskiej mieszkającej w Lublinie. Przyszły artysta nie uczęszczał długo do żadnej z lubelskich szkół. Nauki pobierał w domu od swojego starszego brata Leona lub znienawidzonego korepetytora, który często uciekał się do kar cielesnych.

Śmierć Antoniego Głowackiego owiana jest tajemnicą: „Data i miejsce śmierci Ojca Aleksandra nie zostały dokładnie ustalone. Antoni Głowacki zmarł najprawdopodobniej na terenie guberni wołyńskiej, może nawet w Maszczowie, w roku 1855 albo na początku 1856" (K. Tokarzówna, S. Fita).

10 sierpnia 1856 roku ciotka zapisała Aleksandra do czteroletniej Szkoły Powiatowej Realnej w Lublinie.

Rada familijna ustanowiła Klemensa Olszewskiego, męża Domiceli, oraz babcię Marcjannę Trembińską pełnoprawnymi opiekunami nieletniego wówczas i osieroconego Aleksandra. Rodzina przydzieliła również przyszłemu artyście i jemu bratu Leonowi, studentowi Uniwersytetu Kijowskiego, spadek po rodzicach: część wsi Maszczów i kapitał 300 srebrnych rubli.

Aleksander nie był najlepszym uczniem w szkole. Przez pierwsze dwa lata nauki otrzymywał promocję do następnej klasy, lecz w rok szkolny 1857/1858 zakończył brakiem promocji do klasy trzeciej. Wydarzenie to zmotywowało przyszłego artystę na tyle, iż rok później ukończył naukę z listem pochwalnym za postępy w nauce języka rosyjskiego.

W 1962 roku Leon Głowacki został skierowany do pracy w powiatowej szkole w Siedlcach jako nadetatowy nauczyciel historii i geografii. Dzięki stałej pracy Leon przejął opiekę nad młodszym bratem, sprowadził go do Siedlec i zapisał do piątej klasy w tamtejszej szkole.

Aleksandrowi bardzo zależało, aby ukończyć naukę z jak najlepszymi wynikami. Ostatecznie na świadectwie po ukończeniu przez niego piątej klasy znalazło się dziewięć „celujących" oraz po trzy „bardzo dobre" i „dobre".

Nowy rok szkolny Aleksander rozpoczął jako uczeń szóstej klasy Gimnazjum Męskiego Klasycznego w Kielcach, gdzie skierowano Leona Głowackiego w charakterze nauczyciela języka polskiego, łacińskiego i historii Polski.

Rok 1863 to czas wielkiego powstania styczniowego. Szesnastoletni wówczas Aleksander uciekł ze szkoły i dołączył do oddziału powstańczego.

Swoją decyzją przyszły pisarz doprowadził do załamania nerwowego Leona. Chociaż starszy brat Aleksandra wcześniej angażował się w działalność konspiracyjną, to nie wziął udziału w powstaniu styczniowym. Siedmiomiesięczna nieobecność młodszego brata i ciągły niepokój tym spowodowany zaowocował załamaniem nerwowym, które później przerodziło się w nieuleczalny obłęd.

Aleksander wstąpił do oddziału Bończy, następnie, gdy dotarł do Warszawy przystąpił do oddziału Dzieci Warszawskich. 1 września 1863 roku przyszły pisarz odniósł rany w potyczce z dwiema kolumnami wojsk rosyjskich pod Białką. Aleksander odniósł ranę karku, a do tego proch strzelniczy osmalił mu oczy. Rosjanie przetransportowali nieprzytomnego jeńca do szpitala w Siedlcach. W dwa lata po tym wydarzeniu w liście do przyjaciela Głowacki napisał: „Ja, dawny ja, pochowany jestem razem z nadziejami moimi pod Białką, skąd drugi ja wyrósł: dwumiesięczne szaleństwo, zwątpienie w tego rodzaju zabawy i kalectwo...". Aleksander przybywał w niewoli rosyjskiej do 2 października 1863 roku. Został z niej zwolniony dzięki staraniom rodziny sędziego Gaspara Drylla oraz złego stanu zdrowia. Ciotka Olszewska, która odnalazła zarówno Aleksandra jak i Leona i sprowadziła braci do swojego nowego domu w Lubartowie. Po kilku miesiącach młodszy z braci powrócił do gimnazjum, a stan zdrowia psychicznego starszego z nich był na tyle niepokojący, iż rodzina umieściła go w lubelskim szpitalu.

W 1864 roku Głowacki rozpoczął współpracę z „Kurierem Niedzielnym", którego redaktor poszukiwał korespondenta z Siedlec. Aleksander, który przybrał pseudonim „Jan w Oleju" poza „raportami" do swoich artykułów dołączał czasami krótkie dowcipne wiersze.

4 lutego 1864 roku Głowacki ponownie trafił do niewoli rosyjskiej. Pod zarzutem przynależności do organizacji wywrotowej i kontaktów z komisarzem powstańczym województwa lubelskiego. Przez kilka miesięcy Aleksander był więziony w zamku i w koszarach, o czym później pisał: 11„W tym zamku, pamiętnym Unią, bawiłem kilka miesięcy, nawet dosyć wesoło, a tam na zachodnim krańcu miasta, w koszarach, również uważałem za niezbędne przepędzić dłuższy czas w towarzystwie osób, skazanych już to na rozstrzelanie, już to na powieszenie". W kwietniu zapadł wyrok w sprawie Głowackiego. Przyszłego pisarza pozbawiono tytułu szlacheckiego.

Po wyjściu na wolność zapisał się powtórnie do szóstej klasy, tym razem jednak w lubelskim liceum. Głowacki w szkole „Interesował się teorią Darwina i pracami z zakresu ekonomii, statystyki, psychologii, mechaniki i rachunku różniczkowego" (K. Tokarzówna, S. Fita).

„Niektórzy ludzie mają pociąg do zbierania osobliwości, kosztowniejszych lub mniej kosztownych, na jakie kogo stać. Ja także posiadam zbiorek, lecz skromny, jak zwykle w początkach. Jest tam mój dramat, który pisałem jeszcze w gimnazjum na lekcjach języka łacińskiego"|, to pierwsze zdanie Kamizelki Bolesława Prusa. Ten dramat istniał naprawdę. Nosił on tytuł Encyklopedyści. Rękopis sztuki podpisany był pseudonimem z młodych lat Głowackiego - Jan w Oleju.

Głowacki snuł plany rozpoczęcia studiów w Petersburgu, lecz za namową przyjaciół postanowił pozostać w Polsce i wstąpić do Szkoły Głównej w Warszawie na Wydział Matematyczno-Fizyczny. Zanim jednak do tego doszło musiał ukończyć ostatnią klasę lubelskiego liceum. Głowacki niemal całkowicie poświęcił się swojej matematycznej pasji, co widać we fragmencie z jego notatnika: „Za pomocą tego sposobu dowodziłem z solidometrii twierdzeń o rozkładzie kloca ostrosłupowego na 3 ostrosłupy i graniastosłupa ściętego płaszczyzną jakąkolwiek i parę twierdzeń z trygonometrii", tak opisywał swój autorski sposób przeprowadzania twierdzenia cosinusów.

30 sierpnia 1866 roku otrzymał upragnione świadectwo ukończenia liceum w Lublinie. Po zdaniu egzaminów wstępnych został przyjęty na Wydział Matematyczno-Fizyczny w warszawskiej Szkole Głównej. Wraz z dwójką przyjaciół z Lublina zamieszkiwał w malutkim mieszkanku przy ulicy Piwnej w Warszawie.

W wolnym czasie Głowacki pisywał pod pseudonimem Jan w Oleju do „Kuriera Świątecznego" krótkie satyryczne teksty. W 1867 roku napisał dramat, którego nigdy później nie opublikował, zatytułowany Z komedii życia. W utworze pojawiła się postać Leona - społecznika, inspirowana bratem Aleksandra. Na drugim roku studiów Głowacki nie zdał egzaminu z rozwiązywania rachunku różniczkowego. Zawiódł go jego autorski sposób radzenia sobie z tego typu zadaniami.

Nękające Aleksandra kłopoty finansowe w połączeniu ze złymi wynikami w nauce powodują u niego załamanie nerwowe. Głowacki popadł w stan głębokiej depresji, z którego bezskutecznie próbowali wyciągną go przyjaciele. Po dwóch latach porzucił studia uniwersyteckie i chwytał się doraźnych prac. 

Głowacki podczas studiów w Szkole Głównej prowadził tzw. „kształcenie charakteru", w skład tego procesu wchodziła między innymi walka z nałogiem palenia papierosów. Przede wszystkim skupiał się nad doskonaleniem swojej wiedzy w zakresie nauk ścisłych.

Okres pomiędzy sierpniem 1868 roku a majem 1869 roku określany jest jako „zupełny brak wiadomości biograficznych". Głowacki postanowił wyjechać do Puław, by kontynuować naukę na drugim roku w tamtejszym Instytucie Gospodarstwa Wiejskiego i Leśnictwa. Zanim jednak przeprowadził się do Puław napisał list do swojej ciotki Domicyli Olszewskiej, w którym przedstawił kobiecie zamiar poślubienia Oktawii Trembińskiej, swojej kuzynki. Aleksander wiedział, że dopóki nie ustabilizuje swojej sytuacji materialnej, dopóty Katarzyna Trembińska, matka Oktawii, nie zgodzi się na ich ślub. Aleksander zakochał się w swojej kuzynce, gdy miał osiemnaście lat, a ona była wówczas siedemnastolatką. Poznał ją w czasach swojej nauki w lubelskim gimnazjum.

Głowacki nie zadomowił się w Puławach i już w roku 1970 powrócił do Warszawy. W stolicy ponownie pałał się różnymi zajęciami, między innymi zatrudnił się w zakładach metalowych Zarzeckiego, następnie u finansisty J.G. Blocha. Aleksander wkrótce stał się bezrobotnym i postanowił się zająć pracą literacką. W roku 1871 zabrał się za tłumaczenie i streszczenie Logiki Johna Stuarta Milla. W międzyczasie Głowacki udzielał korepetycji. Jeszcze w tym samym roku Głowacki postanowił spróbować swoich sił w „Przeglądzie Tygodniowym", czasopiśmie które w owym czasie było „jedynym obozem młodych zapaśników literackich, walczących pod sztandarem postępu" (K. Tokarzówna, S. Fita).

W 1872 roku w Warszawie pojawiło się nowe czasopismo, która można określić mianem naukowego, artystycznego i literackiego - „Niwa". Głowacki szybko stał się jednym z felietonistów dwutygodnika, jednak większość swojej energii poświęcał pisaniem artykułów do „Opiekuna Domowego", piśmie zbliżonym tematycznie do „Niwy". Większość jego pierwszych publikacji dotyczyła „filozofii pozytywnej". Praca felietonisty i publicysty nie przynosiła Głowackiemu prawie żadnych korzyści majątkowych.

Po dwóch latach braku jakiekolwiek kontaktu z ukochaną Głowacki zwrócił się listownie do Oktawii z oświadczynami. Zapowiedział dziewczynie, że wkrótce zatrudni się w fabryce, a jego sytuacja finansowa znacznie się poprawi. Uczynił to jesienią 1871 roku, kiedy to rozpoczął pracę w warszawskiej fabryce „Lilpop i Rau". Pracował tam do rozpoczęcia współpracy z nowym periodykiem zatytułowanym „Mucha" w styczniu 1872 roku.

16 i 23 października 1872 roku - w tych dwóch numerach „Opiekuna Domowego" pojawiły się po raz pierwszy artykuły autorstwa Głowackiego podpisane przez niego: Bolesław Prus. Sam pisarz tak po latach skomentował decyzję posługiwania się tym pseudonimem: „Od chwili wejścia do literatury nie ukrywałem antypatii do bezcelowych konceptów. Podpisywałem się pseudonimem wprost ze wstydu, że takie głupstwa piszę...".

Na początku 1874 roku dwutygodnik humorystyczno-satyryczny zaproponował Prusowi współpracę. W tym samym roku zaczęły ukazywać się felietony artysty w „Gazecie Polskiej". Na łamach tych wszystkich czasopism Prus miał możliwość prezentowania nie tylko swoich poglądów, ale również zaczął umieszczać tam krótkie fragmenty swoich utworów literackich, na przykład w „Niwie" ukazało się opowiadanie Lokator poddasza, a w „Kolcach" Kłopoty babuni. Dzięki pracy w „Kurierze Warszawskim", gdzie powierzono mu kronikę tygodniową, sytuacja finansowa Prusa była na tyle dobra, aby poślubić ukochaną kuzynkę.

14 stycznia 1875 roku w kościele Św. Ducha w Lublinie odbył się ślub Aleksandra Głowackiego z Oktawią Trembińską. Sakramentu udzielił im wuj pana młodego - Seweryn Trembiński.

Ich małżeństwo nigdy nie zaowocowało potomkiem, było pozbawione sensacyjnego wydźwięku. Więź państwa Głowackich oparta była na głębokim uczuciu, zrozumieniu i wsparciu.

Aleksander Głowacki cierpiał na agorafobię, snuł lękowe rozmyślania nad możliwościami katastrof kolejowych, bał się wielkich przestrzeni oraz wysokości. Z tego względu unikał kontaktu ze światem, tłumów i długich podróży. Podróże, które odbył w latach osiemdziesiątych XIX wieku, między innymi do Zakopanego, Wisły, Wiednia, Paryża, wspominał jako udrękę. Znacznie bardziej wolał swoje zaciszne warszawskie mieszkanie lub okolice Nałęczowa, gdzie spędzał większość urlopów wakacyjnych.

Dzięki pracy w „Kurierze Warszawskim" Prus mógł nazywać samego siebie dziennikarzem zawodowym. W tym warszawskim dzienniku w okresie od 1875 roku do 1887 roku ukazało się 345 felietonów tygodniowych autorstwa Głowackiego. Następnym ważnym czasopismem w życiu artysty był „Kurier Codzienny", w którym w latach 1887 - 1901 opublikował aż 373 felietonów. Lata 1905 - 1911 to okres współpracy Prusa z „Tygodnikiem Ilustrowanym", dla którego napisał 178 kronik. W sumie, przez całe życie napisał on około 1100 felietonów i kronik. Niemal wszystkie z nich mają wydźwięk pozytywistyczny i społeczny. Sprzeciwiał się w swoich publikacjach hołdowaniu jednostkom najsilniejszym i zwracał uwagę na najsłabsze ogniwa społeczeństwa, które pojmował jak żywy organizm oraz wskazywał na konieczność pomocy im. Drogę do niepodległości Polski upatrywał w postępie cywilizacyjnym.

Powieść Lalka zrodziła się z jego niepokoju i rozczarowania polskim społeczeństwem. Utwór powstał z odcinków, publikowanych na łamach Kuriera Codziennego.

Dzieło to zajmuje w jego epickim dorobku wysokie miejsce (chyba nawet większe i bardziej znaczące niż Faraon i Emancypantki). Przebijają z niej pozytywistyczne poglądy autora, który twierdził, iż: „Jeżeli autor przypatrując się społeczeństwu, dostrzeże w nim jakieś nowe charaktery ludzkie, jakieś nowe cele, do których ci ludzie dążą, czyny, które spełniają i rezultaty, jakie osiągają, i w ten sposób bezstronny opisuje to, co widział, wówczas tworzy on powieść lub dramat realistyczny". W konsekwencji tego, stroniąc od literatury tendencyjnej, skierował się w stronę realizmu (bardzo dbał o przestrzeganie realności opisów, czego przykładem jest fakt, iż aby opisać wyścigi na Służewcu - śledził informacje na ten temat w autentycznych kronikach prasowych).

Lalka została źle przyjęta przez krytyków i recenzentów warszawskich. Prusowi zarzucano złą kompozycję i niespójność utworu. Dopiero w latach trzydziestych XX wieku dostrzeżono, że to, co niegdyś brano za niedociągnięcia, tak naprawdę było mistrzowskim zamierzeniem.

19 maja 1912 roku pisarz umiera. Jego ciało zostało pochowane na warszawskim Cmentarzu Powązkowskim. Pomnik nagrobny Prusa okraszony jest wiele mówiącym napisem „Serce serc".

Narracja „Lalki" Prusa

W powieści czytelnik ma kontakt z tzw. „dwugłosem narracji", czyli narracją prowadzoną w pierwszej oraz trzeciej osobie, dzięki czemu występują dwa różne spojrzenia na poczynania głównego bohatera.

Rodzaje narracji:

- pierwszoosobowa, pokrywająca się z czasem opisywanej akcji. Przykładem jest Pamiętnik starego subiekta, w którym Ignacy Rzecki w pierwszej osobie liczby pojedynczej wspomina bujne losy swego życia. Ten typ narracji odznacza się:

- emocjonalnością,

- uczuciowością opisów,

- subiektywnością sądów i przemyśleń na temat głównego bohatera, Stanisława Wokulskiego.

Poprzez liczne retrospekcje narratora akcja powieści cofa się do wydarzeń Wiosny Ludów (1848)

- trzecioosobowa, dominująca, widoczna we wszystkich innych rozdziałach. Cechuje ją:

- wszechwiedza na temat opisywanych sytuacji i osób (narrator znajduje się wewnątrz świata przedstawionego, lecz

nie jest jego uczestnikiem, bohaterem),

- obiektywne spojrzenie na bohaterów i zdarzenia, w których uczestniczą,

- nie zwracanie uwagi na siebie samą, przejrzystość opisów,

często posługuje się mową pozornie zależną, oddając głos głównemu bohaterowi oraz pannie Izabeli, co jest widoczne

w ich monologach wewnętrznych,

- narrator dokładnie opisuje ulice Warszawy, historyczną przeszłość stolicy.

Kompozycja „Lalki", gatunki zawarte w powieści

Kompozycja cechuje się:

- zwartością,

- spójnością,

ale także:

- wielowątkowością, epizodycznością,

- luźnymi związkami, a nawet niekiedy lukami między opisem poszczególnych wydarzeń, czego przykładem może być brak

powiązania przyczynowo-skutkowego (często utrudniający lekturę powieści),

- fragmentarycznością świata przedstawionego,

- „dwugłosem narracyjnym",

- panoramicznym przekrojem wszystkich warstw społecznych ówczesnej Warszawy,

- realizmem szczegółu,

- prawdopodobieństwem sytuacji,

- otwartym, niejasnych zakończeniem.

Występujące w „Lalce" gatunki literackie to między innymi:

- powieść psychologiczna (przejawiająca się w opisie losów Wokulskiego),

- powieść społeczna (panorama społeczeństwa),

- elementy pastiszu, satyry, groteski (charakterystyka arystokracji),

- elementy humoreski (fragmenty o studentach),

- powieść historyczna (przebijająca z 9 rozdziałów Pamiętników starego subiekta),

- powieść fantastyczno - naukowa, której to Prus był prekursorem (wynalazki Ochockiego i zainteresowanie nimi Stacha Wokulskiego, spotkanie profesora Geista).

Obraz społeczeństwa polskiego w „Lalce"

Na kartach powieści ukazani są reprezentanci różnych grup społecznych, środowisk i zawodów Warszawy lat siedemdziesiątych XIX wieku. Oto, w jaki sposób diagnozuje je Stanisław Wokulski, przechadzając się po biednej dzielnicy Warszawy - Powiślu: „Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć. Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko sprzysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce - o nic. (...) Lecz u nas wyższa warstwa zakrzepła jak woda na mrozie i nie tylko wytworzyła osobny gatunek, który nie łączy się z resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną. martwotą krępuje wszelki ruch z dołu. Co się tu łudzić: ona i ja to dwa różne gatunki istot, naprawdę jak motyl i robak. Mam dla jej skrzydeł opuszczać swoją norę i innych robaków?... To są moi - ci, którzy leżą tam na śmietniku, i może dlatego są nędzni, a będą jeszcze nędzniejsi, że ja chcę wydawać po trzydzieści tysięcy rubli rocznie na zabawę w motyla. Głupi handlarzu, podły człowieku!... (...) Trzydzieści tysięcy rubli znaczą tyle, co sześćdziesiąt drobnych warsztatów albo sklepików, z których żyją całe rodziny. I to ja mam byt ich zniszczyć, wyssać z nich ludzkie, dusze i wypędzić na ten śmietnik?..." [rozdział 8, tom I] oraz snując refleksje w Paryżu: „Jeżeli do ciężkich warunków klimatycznych dodać jeszcze arystokrację, która opanowała wszystkie oszczędności narodu i utopiła je w bezmyślnej rozpuście, to zaraz wyjaśni się, dlaczego ludzie niezwykle zdolni nie tylko nie mogą rozwijać się tam, ale wprost muszą ginąć" [rozdział 1, tom II] czy po powrocie do stolicy: "Wyjadę stąd - szeptał - wyjadę!... Chyba że ona mnie zatrzyma...Bo co mi da nawet ten majątek, jeżeli nie mogę go zużytkować w taki sposób, jaki mnie najlepiej przypada do gustu? Co warte życie, pleśniejące między resursą, sklepem i prywatnymi salonami, gdzie trzeba grać w preferansa, ażeby nie obmawiać, albo obmawiać, ażeby nie grać w preferansa?..." [rozdział 3, tom II].

Wokulski zauważa ogromne dysproporcje społeczne, dzielące poszczególne warstwy: „Szczególny kraj, w którym od tak dawna mieszkają obok siebie dwa całkiem różne narody: arystokracja i pospólstwo. Jeden mówi, że jest szlachetną rośliną, która ma prawo ssać glinę i mierzwę, a ten drugi albo przytakuje dzikim pretensjom, albo nie ma siły zaprotestować przeciw krzywdzie. A jak się to wszystko składało na uwiecznienie monopolu jednej klasy i zdławienie w zarodku każdej innej! Tak silnie wierzono w powagę rodu, że nawet synowie rzemieślników i handlarzy albo kupowali herby, albo podszywali się pod jakieś zubożałe rody szlachetne." [rozdział 2, tom II].

Główne wątki i problematyka „Lalki" Prusa

Główne wątki

- głównym wątkiem jest nieodwzajemniona miłość Stanisława Wokulskiego do Izabeli Łęckiej. Wokół niego kręci się akcja utworu, zbudowana według techniki „nawarstwiania motywów". Takie kompozycyjne rozwiązanie umożliwiło autorowi ukazanie przekroju warstw społecznych, dokładnego sportretowania reprezentantów poszczególnych środowisk.

Wątki poboczne: dzieje Ignacego Rzeckiego, losy Heleny Stawskiej, losy prezesowej Zasławskiej, historia Minclów, historia rodziny Łęckich, historia rodziny Krzeszowskich.

Wątki epizodyczne

Przykładem wątku epizodycznego jest historia studentów (pełniący funkcję humorystyczną) czy proces o lalkę.

Powieść Prusa ma wiele różnych perspektyw, odczytań interpretacyjnych. Oto kilka problemów, które porusza:

- aspekt filozoficzny - opowieść o ludzkich dążeniach, sposobie postrzegania świata (np. idealizm Rzeckiego czy

scjentyzm Ochockiego), wielości ludzkich charakterów i motywów postępowania,

- aspekt społeczno-obyczajowy - sportretowana różnorodna i bogata struktura społeczna XIX-wiecznych mieszkańców Warszawy. Występuje dokładny, panoramiczny opis stolicy,

- aspekt patriotyczny - idealistyczne wspomnienia powstania i marzenia o przyszłości, ujawniające się w Pamiętniku

starego subiekta (Ignacego Rzeckiego),

- aspekt psychologiczny - historia nieodwzajemnionej miłości, odrzuconych uczuć, niespełnionych pragnień (Stanisław Wokulski).

Lalka to powieść o:

- polskim społeczeństwie, w której odnajdziemy drobiazgowy przekrój przez panoramę warstw: arystokratycznych,

mieszczańskich oraz biedoty miejskiej.

- Warszawie, opisanej z zachowaniem topograficznych szczegółów. Wraz z głównym bohaterem wędrujemy po Krakowskim Przedmieściu, dzielnicy biedoty - Powiślu, spacerujemy w Łazienkach, oglądamy wystawy sklepowe opisane z niezwykłą dokładnością, bierzemy udział w kościelnych kwestach, konnych wyścigach na Służewcu, balach i przedstawieniach teatralnych, które naprawdę się odbyły (Prus czytał o nich w kronikach).

- Miłości kupca galanteryjnego do arystokratki. Uczucie zostało opisane z naciskiem na romantyzm niespełnionych, namiętnych pragnień. Stanisław Wokulski często przypomina swym zachowaniem mickiewiczowskiego Gustawa z IV części Dziadów, czyli tragicznego kochanka, doznającego, zamiast słodyczy miłości, goryczy i upokorzenia.

- Awansie społecznym. Bohater z biednego chłopca, dzięki wytrwałej pracy i samodzielnej nauce, a niekiedy też dzięki sprytowi i wyrachowaniu, przeobraża się w majętnego pana, wchodzącego „na salony".

Realizm „Lalki"

Przejawy realizmu w powieści:

Prawdopodobieństwo wydarzeń oznacza, że opisane na kartach powieści wydarzenia mogły zdarzyć się naprawdę (Prus na przykład śledził kroniki prasowe).

Prawdopodobieństwo istnienia bohaterów. Prus stworzył bardzo szczegółowe biografie, stosowne do ówczesnych realiów epoki. Wokulski czy Ochocki posługują się zindywidualizowanym stylem wypowiedzi. Osadzenie akcji w istniejącym, realnym mieście. Opisy Warszawy są przykładami opisów realistycznych, z dokładnymi nazwami ulic, skrzyżowań czy placów („Lalka" mogłaby być przewodnikiem turystycznym).

Chronologia wydarzeń - ta cecha jest zachowana, choć nie bez pewnej kompozycyjnej modyfikacji, tzn. niektóre rozdziały w powieści odnoszą się do wydarzeń opisywanych kilka części przedtem (funkcję „przerywników" od akcji właściwej pełnią pamiętniki, będące urozmaiceniem i odwołaniem do historii Polski).

„Lalka", poprzez dokonany na jej kartach przekrój warstw społecznych, jest dokumentem dziewiętnastowiecznej epoki pozytywizmu. Z tego powodu nazywana jest także powieścią realizmu krytycznego (Prus na jej kartach skrytykował współczesną mu rzeczywistość, przy czym nie wolno zapomnieć, że krytyka tyczyła się społeczeństwa niepotrafiącego sprostać wymogom epoki, a nie zasadom rodzącego się wówczas kapitalizmu).

Wątek miłosny w „Lalce" Bolesława Prusa

Wątek miłosny występujący w „Lalce" jest jednym z najsłynniejszych w polskiej literaturze. Każdy czytelnik, śledząc zmagania Wokulskiego w walce o „prywatne szczęście" czuje dla niego współczucie.

Stanisław, z chwilą ujrzenia Izabeli Łęckiej w teatrze, uczynił ją motorem wszystkich swoich wyborów i decyzji. To dla niej postanowił się wzbogacić i dlatego też wyjechał na wojnę bułgarsko-turecką, dla niej znosił wszystkie ucinki ze strony arystokracji (w łaski której próbował się wkraść) oraz kupiectwa (nie rozumieli jego nagłego zainteresowania wyścigami, spektaklami i częstych kontaktów z warszawską śmietanką towarzyską), zaczął uczyć się języka angielskiego (by zrozumieć, o czym Izabela mówiła w jego obecności), dbać przesadnie o strój i maniery, a także stracił ciężko zarobione pieniądze, kupując zniszczoną kamienicę i ratując jej zadłużonego ojca od całkowitego bankructwa. To panna Izabela kierowała jego życiem.

Ciekawe w tym wątku jest połączenie cech romantyka i pozytywisty, dających o sobie najbardziej znać właśnie w relacjach z Łęcką, którą kochał jak romantyk (szalenie, beznadziejnie, idealizując obiekt swego uczucia), a zdobywał jak pozytywista (przez uzależnienie jej przyszłości od swego majątku).

Uświadomiwszy sobie prawdziwe, egoistyczne usposobienie ukochanej, Wokulski próbował wypędzić ją ze swego serca, jednak, wbrew jego dojrzałości życiowej, kobieta wciąż był dla niego jedyną. Na koniec powieści bohater poniósł klęskę (tak, jak Izabela), podobnie jak inni romantyczni kochankowie. Nie potrafił sobie uświadomić, że być może gdyby nie traktował Izabeli tak idealistycznie, a był bardziej stanowczy, to wówczas mogłoby coś ich połączyć.

Pozytywizm w „Lalce"

Pozytywizm, epoka zbudowana w opozycji do romantycznego światopoglądu, na kartach powieści przejawia się w:

- Krytyce idealizmu (Wokulski przez wyidealizowanie ukochanej, nie dostrzegał jej prawdziwego oblicza, kochając jej wymyślony wskutek lektury romantycznych tekstów wizerunek: "Dobrze ci tak! tam twoje miejsce... - myślał Wokulski.

- Bo któż to miłość przedstawiał mi jako świętą tajemnicę? Kto nauczył mnie gardzić codziennymi kobietami, a szukać niepochwytnego ideału?... Miłość jest radością świata, słońcem życia, wesołą melodią w pustyni a ty co z niej zrobiłeś?... Żałobny ołtarz, przed którym śpiewają się egzekwie nad zdeptanym sercem ludzkim!"[rozdział drugi, tom II].

Energiczności i zapale głównego bohatera, który dzięki swej ciężkiej pracy (nie nienawidzi Rosjan jak romantycy, lecz prowadzi z nimi interesy) dorabia się majątku, a potem finansuje działalność charytatywną.

- Przekonaniu o potrzebie silnej polskiej gospodarki, która podniosłaby kraj z kryzysu.

- Poglądach, takich jak scjentyzm, kult wiedzy i nauki, racjonalizm, wiara w postęp jako poprawę życia ludzkości (takie ideały wyznają Stanisław Wokulski, Julian Ochocki oraz profesor Giest, a cytatem oddającym siłę fascynacji bohatera postępem i wynalazki jest fragment z rozdziału pierwszego tomu drugiego, opowiadającego o Paryżu: „Praca nad szczęściem we wszystkich kierunkach - oto treść życia paryskiego. (...)Posągi i obrazy są dostępne nie tylko dla amatorów, ale dla artystów i rzemieślników, którzy w galeriach mogą zdejmować kopie. Francuz, gdy coś wytwarza, dba naprzód o to, ażeby dzieło jego odpowiadało swemu celowi, a potem - ażeby było piękne. I jeszcze nie kończąc na tym troszczy się o jego trwałość i czystość. (...) Tym sposobem Paryż jest arką, w której mieszczą się zdobycze kilkunastu, jeżeli nie kilkudziesięciu wieków cywilizacji... Wszystko tu jest, zacząwszy od potwornych posągów asyryjskich i mumii egipskich, skończywszy na ostatnich rezultatach mechaniki i elektrotechniki, od dzbanków, w których przed czterdziestoma wiekami Egipcjanki nosiły wodę, do olbrzymich kół hydraulicznych z Saint-Maur".

- Pracy organicznej i pracy u podstaw - sztandarowych hasłach pozytywizmu (otworzył nowy sklep, założył spółkę do handlu ze Wschodem oraz udzielał się charytatywnie - pomógł między innymi prostytutce Mariannie, furmanowi Wysokiemu i jego bratu - Węgielkowi).

- W ogólnej apoteozie pracy - fragment wypowiedzi Stanisława o spostrzeżeniach poczynionych podczas pobytu w Paryżu [rozdział piąty, tom II] doskonale oddaje zasadność tego przejawu epoki: "U nas praca ludzka wydaje mierne rezultaty: jesteśmy ubodzy i zaniedbani. Ale tam praca jaśnieje jak słońce. Cóż to za gmachy, od dachów do chodników pokryte ozdobami jak drogocenne szkatułki. A te lasy obrazów i posągów, całe puszcze machin, a te odmęty wyrobów fabrycznych i rękodzielniczych!... Dopiero w Paryżu zrozumiałem, że człowiek jest tylko na pozór istotą drobną i wątłą. W rzeczywistości jest to genialny i nieśmiertelny olbrzym, który z równą łatwością przerzuca skały, jak i rzeźbi z nich coś subtelniejszego od koronek".

Filozofia w „Lalce"

1.Filozofia pracy, będąca jednym z haseł pozytywizmu.

Wyznawcą filozofii pracy w powieści był Stanisław Wokulski. Przechadzając się po dzielnicy biedoty - Powiślu - myślał: „Strach, co się tu stanie za kilka generacji... A przecie jest proste lekarstwo: praca obowiązkowa - słusznie wynagradzana. Ona jedna może wzmocnić lepsze indywidua, a bez krzyku wytępić złe i... mielibyśmy ludność dzielną, jak dziś mamy zagłodzoną lub chorą" [rozdział VIII, tom I]. Takiej aktywnej postawy uczył go w młodości, gdy pracowali razem u Mincla, kolega Leon: „- Pracuj - mówił nieraz do Stacha - i wierz, bo silna wiara może zatrzymać słońce w biegu, a nie dopiero polepszyć stosunki ludzkie". [rozdział XX, tom I]. Uważał, że solidna praca jest wyjściem z trudnej sytuacji społeczeństwa, sam nawet oddał się jej po zawodzie miłosnym.

2. Organicyzm - kolejne hasło epoki.

Główny bohater uważał, iż społeczeństwo funkcjonuje i rozwija się jak żywy organizm, a instytucje społeczne są ze sobą powiązane tak, jak części organizmu: „- Natura miewa kaprysy i - analogie - dodał. - Motyle istnieją także w rodzaju ludzkim: piękna barwa, latanie nad powierzchnią życia, karmienie się słodyczami, bez których giną - oto ich zajęcie. A ty, robaku, nurtuj ziemię i przerabiaj ją na grunt zdolny do siewu. Oni bawią się, ty pracuj; dla nich istnieje wolna przestrzeń i światło, a ty ciesz się jednym tylko przywilejem: zrastania się, jeżeli cię rozdepcze ktoś nieuważny. I tobież to wzdychać do motyla, głupi?... I dziwić się, że ma wstręt do ciebie?... Jakiż łącznik może istnieć między mną i nią?... No, gąsienica jest także podobna do robaka, póki nie zostanie motylem. Ach, więc to ty masz zostać motylem, kupcze galanteryjny?... Dlaczegóż by nie? Ciągle doskonalenie się jest prawem świata".[rozdział VIII, tom I] oraz doktor Szuman: „(...) Społeczeństwo jest jak gotująca się woda: co wczoraj było na dole, dziś pędzi w górę..." [rozdział XI, tom II]. Uważał, że aby ludziom żyło się lepiej, zarówno biedota, jak i arystokracja, muszą współpracować i słuchać się wzajemnie.

3. Socjalizm, czyli sprzeciw wobec rodzącego się kapitalizmu

Mraczewski, subiekt w sklepie Wokulskiego, często opowiadał zdziwionemu Rzeckiemu o swej wizji społeczeństwa: „Jak żyję, nie słyszałem nic równego. Młodzieniec ten dowodził mi przytaczając nazwiska ludzi, podobno bardzo mądrych, że wszyscy kapitaliści to złodzieje, że ziemia powinna należeć do tych, którzy ją uprawiają, że fabryki, kopalnie i maszyny powinny być własnością ogółu, że nie ma wcale Boga ani duszy, którą wymyślili księża, aby wyłudzać od ludzi dziesięcinę. Mówił dalej, że jak zrobią rewolucję (on z trzema "prykaszczykami"), to od tej pory wszyscy będziemy pracowali tylko po ośm godzin, a przez resztę czasu będziemy się bawili, mimo to zaś każdy będzie miał emeryturę na starość i darmo pogrzeb. Wreszcie zakończył, że dopiero wówczas nastanie raj na ziemi, kiedy wszystko będzie wspólne: ziemia, budynki, maszyny, a nawet żony"[rozdział X, tom I]. Prus zwrócił uwagę czytelników na rodzący się socjalizm.

Bolesław Prus ujął w powieści te trzy najbardziej charakterystyczne dla pozytywizmu prądy myślowe. Poprzez apoteozę, wywyższenie roli pracy na pozycję decydującą o poprawie losu społeczeństwa, autor przedstawił alternatywę dla obserwowanego pogorszenia sytuacji ludzi najbiedniejszych. Poprzez wypowiedzi Wokulskiego, twierdzącego, iż jedynym wyjściem z pogłębiającego się kryzysu jest ciężka, ale dobrze opłacana praca, Prus ujawnił swój pogląd na poprawę dziewiętnastowiecznych realiów Polski (w której szerzył się analfabetyzm, choroby, wyzysk najbiedniejszych). Popierał także organicyzm, wierząc, iż nie będzie poprawy bez współpracy wszystkich warstw.

Tło historyczne w „Lalce"

W utworze wspomniane są:

- epoka napoleońska, pobrzmiewająca w opowiadaniach zafascynowanego Napoleonem ojca Rzeckiego. Starszy pan, podobnie jak jego przyjaciele, był bonapartystą. Wpajał swoje zasady i zamiłowanie dla francuskiego cesarza małemu Ignacemu, wychowując go w otoczeniu portretów Napoleona i opowieści o jego miłości do Polski,

- powstanie listopadowe w opowieści prezesowej Zasławskiej o stryju Wokulskiego, z którym została rozdzielona przez wybuch zrywu. Jej ukochany, choć zginął w walce o niepodległość Królestwa Polskiego, nie doczekał się godnego nagrobka (prezesowa zobowiązała Wokulskiego do wybudowania godnej mogiły walecznemu, acz „ubożuchnemu oficerowi"),

- okres Wiosny Ludów, a dokładniej rewolucja na Węgrzech w 1848 roku, której szczegóły poznajemy z relacji starego subiekta: „Jeżeli dzień udał się dobrze, pan Ignacy był kontent. Wówczas przed snem czytał historię konsulatu i cesarstwa albo wycinki z gazet opisujących wojnę włoską z roku 1859, albo też, co trafiało się rzadziej, wydobywał spod łóżka gitarę i grał na niej Marsza Rakoczego przyśpiewując wątpliwej wartości tenorem. Potem śniły mu się obszerne węgierskie równiny, granatowe i białe linie wojsk, przysłoniętych chmurą dymu... Nazajutrz miewał posępny humor i skarżył się na ból głowy" [rozdział drugi, tom I],

- powstanie styczniowe - jego echa odnajdujemy w biografii głównego bohatera, za czynny udział w walkach partyzanckich skazanego na Syberię. W zesłaniu towarzyszyło mu dwóch Żydów - Szuman i Szlangbaum,

- wydarzenia lat 1878-1879, a wśród nich szczegóły zamachu autorstwa anarchisty Maxa Hodla na cesarza Wilhelma 11 maja 1878 roku, wydarzenia w 1878 roku (rozpoczęcie wojny z Afganistanem, konflikty austriacko-bośniackie, powstanie w Macedonii, zamach na króla Alfonsa hiszpańskiego i króla Humberta włoskiego, śmierć hrabiego Józefa Zamoyskiego, a w końcu kolejna wojna Anglii, tym razem z afrykańskimi Zulusami czy dżuma w okolicach Astrachania), jak i w 1879 roku (zwycięstwo Anglików w Afganistanie), działalność Garibaldiego czy śmierć Ludwika Napoleona w 1873 roku.

Czas historyczny obecny w powieści pełni funkcję nadania akcji właściwej większego prawdopodobieństwa. Osadzenie akcji w kontekście historycznym uwypukla postać romantyka i bonapartysty Ignacego Rzeckiego, wzmaga niesmak, jaki czujemy, czytając o losach Henryka Szlangbauma (mimo walki w powstaniu, polskie społeczeństwo nie zaakceptowało Żyda) czy po prostu przybliża realia dziewiętnastowiecznej Warszawy, w której jedni śnili o Napoleonie, a inni co noc budzili się z koszmaru popowstaniowej zsyłko na Syberię (Wokulskiego nękały wspomnienia syberyjskich, samotnych nocy).

Sposoby spędzania czasu przez bohaterów powieści:

W tej kwestii widać duże rozbieżności pomiędzy ciągłą pracą i nauką Żydów („- U nas, panie, niby u Żydów, jak się młodzi zejdą, to oni nie zajmują się, jak u państwo, tańcami, komplementami, ubiorami, głupstwami, ale oni albo robią rachunki, albo oglądają uczone książki, jeden przed drugim zdaje egzamin albo rozwiązują sobie szarady, rebusy, szachowe zadanie. U nas ciągle jest zajęty rozum i dlatego Żydzi mają rozum, i dlatego, niech się pan nie obrazi, oni cały świat zawojują. U państwa wszystko się robi przez te sercowe gorączke i przez wojne, a u nas tylko przez mądrość i cierpliwość." [rozdział dwunasty, tom I]), a codziennym życiem warstwy arystokratycznej, której czas upływał na:

- wyścigach i przejażdżkach konnych [rozdział 13, tom I, rozdział 4, tom II],

- przedstawieniach teatralnych [na przykład spektakl Makbeta dany przez Rossiego - rozdział 18, tom I],

- grzybobraniu [rozdział 5, tom II],

- urządzaniu wystawnych przyjęć [rozdział 10, tom II],

- spacerach w Łazienkach [rozdział 17, tom I].

Struktura przestrzenna w „Lalce"

Bolesław Prus z wiernością szczegółu i dokładnością godna przewodnika turystycznego przedstawił w powieści przestrzenie otwarte (przykładem jest naturalistyczny opis dzielnicy biedoty miejskiej - Powiśla, szczegółowa charakterystyka pola bitwy na Węgrzech, jak również pola wyścigowego, warszawskiej ulicy, Paryża czy Zasławka) oraz przestrzenie zamknięte (wśród których godny przytoczenia jest szczegółowy opis pokoju Ignacego Rzeckiego, sklepu Jana Mincla, salonu arystokracji czy kamienicy Łęckich).

Aby jeszcze bardziej uwypuklić nędzę miejskiej biedoty, pisarz opisał warunki jej życia pośród gór cuchnących i zalegających śmieci, ze stojącymi nieopodal zbiornikami z pitną wodą. W takim otoczeniu główny bohater spotkał polskich obywateli, nie przypominających już zanadto ludzi: „ (...) Na stoku i w szczelinach obmierzłego wzgórza spostrzegł niby postacie ludzkie. Było tu kilku drzemiących na słońcu pijaków czy złodziei, dwie śmieciarki i jedna kochająca się para, złożona z trędowatej kobiety i suchotniczego mężczyzny, który nie miał nosa. Zdawało się, że to nie ludzie, ale widma ukrytych tutaj chorób, które odziały się w wykopane w tym miejscu szmaty. Wszystkie te indywidua zwietrzyły obcego człowieka; nawet śpiący podnieśli głowy i z wyrazem zdziczałych psów przypatrywali się gościowi" [rozdział ósmy, tom I].

Autor tego drastycznego, a jednak prawdziwego opisu, w sposób pośredni pokazał bezradność i bezsilność ludu, biedaków, którzy nie wyjdą ze swego tragicznego położenia bez pomocy kogoś tak wrażliwego, empatycznego, jak stworzony przez niego bohater.

Dla skontrastowania na dalszych kartach powieści odnajdujemy za to przestrzenie, w których żyją i umilają sobie czas ludzie bogaci, arystokraci (pola wyścigowe czy majątek w Zasławku).

Jeżeli chodzi o przestrzenie zamknięte, sprawa przedstawia się podobnie. Biedacy egzystują w barakach bez kanalizacji, a często nawet na ulicy, a spadkobiercy znanych nazwisk czy właściciele pokaźnych majątków - z ośmiopokojowych, luksusowych mieszkań (Łęcki) przenoszą się na arystokratyczne salony: „Wokulski był odurzony. Nie wiedział, którędy idzie, nie zdawał sobie sprawy z tego, o czym rozmawiali z prezesową. Czuł tylko, że znajduje się w jakimś odmęcie dużych komnat, starodawnych portretów, cichych stąpań, nieokreślonej woni. Otaczały go kosztowne meble, ludzie pełni delikatności, o jakiej nigdy nie marzył, a nad tym wszystkim, jak poemat, unosiły się wspomnienia starej arystokratki, przesiąknięte westchnieniami i łzami. "Cóż to za świat?... Co to za świat?..." Lokaj otworzył drzwi do sali. Znowu wszystkie głowy zwróciły się w jego stronę i ucichły rozmowy jak szum odlatującego ptactwa. Nastała chwila ciszy, w której wszyscy patrzyli na Wokulskiego" [rozdział dziewiąty, tom I].

Ciekawym, a może i miejscami przygnębiającym, jest opis pokoju sumiennego i pedantycznego Rzeckiego: „Pan Ignacy od dwudziestu pięciu lat mieszkał w pokoiku przy sklepie. W ciągu tego czasu sklep zmieniał właścicieli i podłogę, szafy i szyby w oknach, zakres swojej działalności i subiektów; ale pokój pana Rzeckiego pozostał zawsze taki sam. Było w nim to samo smutne okno, wychodzące na to samo podwórze, z tą samą kratą, na której szczeblach zwieszała się być może ćwierćwiekowa pajęczyna, a z pewnością ćwierćwiekowa firanka, niegdyś zielona, obecnie wypłowiała z tęsknoty za słońcem. Pod oknem stał ten sam czarny stół obity suknem, także niegdyś zielonym, dziś tylko poplamionym. Na nim wielki czarny kałamarz wraz z wielką czarną piaseczniczką, przymocowaną do tej samej podstawki - para mosiężnych lichtarzy do świec łojowych, których już nikt nie palił, i stalowe szczypce, którymi już nikt nie obcinał knotów. Żelazne łóżko z bardzo cienkim materacem, nad nim nigdy nie używana dubeltówka, pod nim pudło z gitarą, przypominające dziecinną trumienkę, wąska kanapka obita skórą, dwa krzesła również skórą obite, duża blaszana miednica i mała szafa ciemnowiśniowej barwy stanowiły umeblowanie pokoju".

Mężczyzna ten od ćwierć wieku mieszkał w tym samym małym pokoiku przy sklepie, nie narzekając na liche umeblowanie czy mały metraż. Prus doskonale powiązał charakter tego minimalistycznego pomieszczenia ze skromną naturą jego lokatora. Pan Ignacy mało że nie robił żadnych uwag dotyczących surowego wystroju, to jeszcze był zadowolony ze swego otoczenia: „(...) który ze względu na swoją długość i mrok w nim panujący zdawał się być podobniejszym do grobu aniżeli do mieszkania" [rozdział drugi, tom I]. Czuł się tam bezpieczny, mógł do woli wspominać czasy Napoleona, snując marzenia o wspólnej przyszłości Stacha i panny Heleny.

Obraz Paryża w „Lalce"

Został opisany w powieści w rozdziale pierwszym tomu drugiego dla kontrastu z Warszawą. Bohater, rozczarowany i oszołomiony rozbieżnością w rozwoju obu miast, zastanawia się nad powrotem do Polski:

„I ja miałbym tam wracać?... Po co?... Tu przynajmniej mam naród żyjący wszystkimi zdolnościami, jakimi obdarowano człowieka. Tu naczelnych miejsc nie obsiada pleśń podejrzanej starożytności, ale wysuwają się naprzód istotne siły: praca, rozum, wola, twórczość, wiedza, nawet piękność i zręczność, a nawet choćby szczere uczucie. Tam zaś praca staje pod pręgierzem, a triumfuje rozpusta!

Ten, kto dorabia się majątku, nosi tytuł sknery, kutwy, dorobkiewicza; ten, kto go trwoni, nazywa się: hojnym, bezinteresownym, wspaniałomyślnym... Tam prostota jest dziwactwem, oszczędność wstydem, uczoność równoznaczny z obłędem, artyzm symbolizuje się dziurawymi łokciami. Tam, chcąc zdobyć miano człowieka, trzeba posiadać albo tytuł z pieniędzmi, albo talent wciskania się do przedpokojów. I ja bym tam miał wracać?...".

Ucieczką od myśli związanych z Izabelą są dla niego spacery po ulicy Lafayette, bulwarze Magenta, bulwarze Kapucyńskim, Polach Elizejskich, wizyty w paryskich teatrach...

Bolesław Prus w pewnym momencie porównuje stolicę Francji do ogromnej gąsienicy. W konkretnych miejscach topograficznych sytuuje jej głowę, a potem kolejne elementy ciała. Bohater zauważa w tych obserwacjach pewną prawidłowość, ustaloną logikę. Ogromne miasto, które jeszcze niedawno wzbudzało w nim niczym nieuzasadniony lęk, stało się dla niego przejrzyste i zrozumiałe.

To spostrzeżenie może być analogią do obserwacji społeczeństwa polskiego (dopiero, gdy się zjednoczy w jedno ciało - organizm, czyli organicyzm - będzie w stanie stworzyć silny organizm), w którym Wokulski widział dysproporcje i rozwarstwienie.

Nawiązania do „Lalki" w kulturze

Film:

W 1968 roku nakręcono film pt. „Lalka" w reżyserii i na podstawie scenariusza Wojciecha Jerzego Hasa, z Beatą Tyszkiewicz jako Izabelą Łęcką, Mariuszem Dmochowskim jako Stanisławem Wokulskim (za tę rolę otrzymał nagrodę aktorską MFF-Panama w 1969 roku) oraz Tadeuszem Fijewskim w roli Ignacego Rzeckiego (otrzymał tą samą nagrodę).

Serial:

Z kolei 17 września 1978 roku miał premierę pierwszy z dziewięciu odcinków serialu „Lalka" w reżyserii Ryszarda Bera i na podstawie scenariusza Aleksandra Ścibor-Rylskiego. Izabelę Łęcką tym razem zagrała Małgorzata Braunek, Stanisława Wokulskiego - Jerzy Kamas, a Ignacego Rzeckiego niezapomniany w tej roli Bronisław Pawlik (w 1978 roku uhonorowany nagrodą aktorską Festiwalu Polskiej Twórczości Telewizyjnej w Olsztynie).

Podobieństwo motywów w innych utworach literackich:

- Wokulski buntował się przeciw konwenansom. Inni późniejsi buntownicy to: Józio z gombrowiczowskiego dzieła „Ferdydurke" (sprzeciw Formie), Holden Caufield z „Buszującego w zbożu" (bunt przeciw szkole, rodzinie i zasadom społecznym).

- Wokulski był idealistą miłości, Rzecki żył w kulcie Napoleona i ojczyzny a Ochocki był entuzjastą nauki. Inni późniejsi idealiści to: Tomasz Judym z „Ludzi bezdomnych" Stefana Żeromskiego (żył w przekonaniu misji społecznej), doktor Rieux z „Dżumy" Alberta Camusa (pełnił misję uleczania chorych).

- Baronostwo Krzeszowscy tworzyli zabawny wątek w powieści. Oto podobne wątki humorystyczne w późniejszych utworach: Onufry Zagłoba z sienkiewiczowskiej „Trylogii", rodzina Stompilów z „Tanga" Mrożka czy Szewcy z dramatu Witkacego.

- Szlangbaumowie i doktor Szuman, czyli reprezentanci Żydów. Później tematykę tej mniejszości narodowej w podobny sposób, czyli w kontekście głoszonej asymilacji, poruszali: Stanisław Wyspiański w „Weselu", Maria Dąbrowska w „Przygodach człowieka myślącego", Maria Konopnicka w noweli „Mendel Gdański",

- Rodzina Minclów, spolszczonych Niemców była kolejną sportretowaną mniejszością w „Lalce". Problem funkcjonowania tej narodowości Prus poruszył także w „Placówce", w której porównał dwie mentalności: polską i germańską.

- Prus poruszył w „Lalce" postulat pracy organicznej. W pozytywizmie podobnie zrobili: Eliza Orzeszkowa (praca ideą nadrzędną w „Nad Niemnem"), Henryk Sienkiewicz (w noweli „Szkice węglem" pojawia się postulat pracy u podstaw).

- Mit powstania styczniowego, podobnie jak Prus, poruszyli: Eliza Orzeszkowa („Nad Niemnem" oraz „Gloria victis" ), Maria Konopnicka („Contra spem spero" oraz „Rota"), Henryk Sienkiewicz („Latarnik") czy poeta Adam Asnyk w wierszu „Do młodych".

- Warszawa jest obecna także w nowelach Marii Konopnickiej „Dym" oraz „Mendel Gdański", a dworek ziemiański (u Prusa Zasławek) u Elizy Orzeszkowej („Nad Niemnem" - Korczyn i Olszówka) oraz w „Przedwiośniu" Stefana Żeromskiego (Nawłoć).

Bolesław Prus - kalendarium życia 

20 sierpnia 1847 roku - Aleksander Głowacki, w literaturze zapisany na trwałe jako Bolesław Prus, przychodzi na świat w Hrubieszowie jako syn oficjalisty Antoniego i Apolonii z Trembińskich,

1857 - rozpoczyna edukację, najpierw w Lublinie, by przenieść się do Siedlec, Kielc, a potem ponownie powrócić do Lublina,

1861-1863 - bierze udział w działaniach konspiracyjnych i powstańczych,

1 września 1863 roku - zostaje ranny pod Białką,

1864 - od stycznia do kwietnia przebywa w więzieniu,

30 czerwca 1866 roku - kończy lubelskie gimnazjum, a potem w październiku rozpoczyna studia w Szkole Głównej,

1869 - z powodów materialnych przerywa edukację na wyższym poziomie,

1872 - rozpoczyna dziennikarską działalność, przyjmując pseudonim Prus,

14 stycznia 1875 roku - żeni się z Oktawią Trembińską,

23 stycznia 1875 roku - ukazuje się jego pierwsza kronika tygodniowa,

1887 - w odcinkach zaczęła ukazywać się Lalka (wyd. książkowe w 1890 roku). Prus zrywa współpracę z „Kurierem Warszawskim" i wraz ze swoimi kronikami tygodniowymi przenosi się do „Kuriera Codziennego",

1890 - Początek wychodzenia Emancypantek (wyd. książkowe w 1893 roku),

1895 - Faraon (wyd. książkowe w 1897 roku),

19 maja 1912 roku - pisarz umiera.

 

Twórczość Prusa - kalendarium

Twórczość Prusa można podzielić na trzy główne działy. Pierwszym z nich jest publicystyka i felietonistyka na łamach warszawskiej prasy. Drugi dział to małe formy narracyjne, bardzo wysoko cenione przez ówczesnych oraz współczesnych znawców literatury. Nowelki, szkice humorystyczne i opowiadania autorstwa Bolesława Prusa cechuje chęć zwrócenia uwagi na najbiedniejszych oraz najbardziej poszkodowanych przedstawicieli polskiego społeczeństwa. Dzieci, biedacy i zwykli ludzie zmagają się w nich z codziennymi problemami, a także z zagadnieniami moralnymi. Trzeci dział w twórczości Prusa stanowią powieści. Artysta w tej dziedzinie pozostawał w opozycji do innego wielkiego Polskiego pozytywisty - Henryka Sienkiewicza, którego twórczość można określić jako narodowo-pokrzepiającą. W odróżnieniu do swojego konkurenta Prus zwracał uwagę na palące problemy Polski im współczesnej. Nazywany był „wielkim obserwatorem", ponieważ w jego powieściach panował realizm oraz szczególny nacisk na „hołdowanie codzienności".

Nowele i opowiadania: 1875 - Pałac i rudera , 1879 - Przygoda Stasia , 1880 - Powracająca fala, 1880 - Michałko, 1880 - Antek, 1880 - Nawrócony, 1880 - Katarynka , 1882 - Kamizelka, 1882 - On, 1883 - Milknące głosy, 1883 - Grzechy dzieciństwa, 1884 - Na wakacjach, 1884 - Omyłka, 1884 - Pleśń świata , 1884 - Żywy telegraf, 1885 - Cienie, 1888 - Z legend dawnego Egiptu, 1890 - Sen

Powieści: 1877 - Dusze w niewoli, 1880 - Anielka, 1886 - Placówka, 1890 - Lalka, 1894 - Emancypantki, 1897 - Faraon, 1909 - Dzieci.

„Lalka" - najważniejsze cytaty

- r.2., t.1.

(...)dokąd wy jedziecie, podróżni?... Dlaczego narażasz kark, akrobato?... Co wam po uściskach, tancerze?... Wykręcą się sprężyny i pójdziecie na powrót do szafy. Głupstwo, wszystko głupstwo!...a wam, gdybyście myśleli, mogłoby się zdawać, że to jest coś wielkiego!...

- r.2., t.1.

(...)głupstwo całe życie, którego początku nie pamiętamy, a końca nie znamy... Gdzież prawda?..

- r.4., t.1.

Czasami w tej ucieczce przed samym sobą doganiała mnie noc. (Wokulski)

- r.7., t.1.

Głupie życie!... Po ziemi gonimy marę, którą każdy nosi we własnym sercu, dopiero gdy stamtąd ucieknie, poznajemy, że to był obłęd (...)

- r.8., t.1.

Oto miniatura kraju - myślał - w którym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęgów; miłosierdzie hoduje bezczelnych próżniaków, a ubóstwo nie mogące zdobyć się na sprzęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, których największą zaletą jest wczesna śmierć.

- r.9., t.1.

Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale chyba największą jest zabić miłość.

- r.10., t.1.

Czy bitwy nie są hałaśliwymi komediami, które wojska urządzają dla narodów, nie robiąc z resztą sobie krzywdy.

- r.10., t.1.

Stopiło się w nim dwu ludzi: romantyk sprzed roku sześćdziesiątego i pozytywista z siedemdziesiątego. To, co dla patrzących jest sprzeczne, w nim samym jest najzupełniej konsekwentne. [Szuman o Wokulskim]

- r.13., t.1.

Gdyby mi się ziemia rozstąpiła pod nogami... rozumiesz?... Gdyby mi niebo miało zawalić się na łeb - nie cofnę się, rozumiesz?... Za takie szczęście oddam życie... [Wokulski do Rzeckiego]

- r.15., t.1.

We mnie jest dwu ludzi (...) jeden zupełnie rozsądny, drugi wariat. Który zaś zwycięży? [Wokulski o sobie]

- r.19., t.1.

(...) Taki sobie zwyczajny kupiec!... [Łęcki o Wokulskim]

- r.19., t.1.

Jak on się wydobywa!... Pysznie się wydobywa!... - zawołał drugi stołownik.

- r.19. ,t.1.

Mnie przywiązać mogłaby taka tylko kobieta jak ja sam. A takiej jeszczem nie spotkał. [Wokulski]

- r.1., t.2.

Jestem człowiek zmarnowany. Miałem ogromne zdolności i energię, lecz - nie zrobiłem nic dla cywilizacji. [Wokulski]

- r.9., t.2.

A tymczasem on - prawił Szuman - czy to w piwnicy Hopfera, czy to na stepie tak się karmił Aldonami, Grażynami, Marylami i tymi podobnymi chimerami, że w pannie Łęckiej widzi bóstwo (...) Bo choć to romantyk pełnej krwi, jednak nie będzie naśladować Mickiewicza, który nie tylko przebaczył tej, co z niego zadrwiła (...)

- r.11., t.2.

Człowiek jest jak ćma: na oślep rwie się do ognia, choć go boli i choć się w nim spali. Robi to jednak dopóty (...) dopóki nie oprzytomnieje. I tym różni się od ćmy...

- r.15., t.2.

Ale czy może być szczęściem to, czego nie pragniemy?...

- r. 17., t,2.

Czystej krwi polski romantyk, co to wiecznie szuka czegoś poza rzeczywistością (...)

- r.17., t.2.

Ale jaki to człowiek stylowy!... - zakończył. - Umarł przywalony resztkami feudalizmu... zaginął, aż ziemia zadrżała. [Szuman o Wokulskim].

 

Stanisław Wokulski - charakterystyka

Czterdziestosześcioletni bohater powieści Bolesława Prusa to jedna z najciekawszych postaci w literaturze polskiej. Dlaczego? Ponieważ jego osobowość nie jest jednoznaczna, lecz pełna sprzeczności.

Jako młody chłopiec, mimo szlacheckich korzeni, trafił do sklepu i restauracji Hopfera na stanowisko subiekta. Jego ojciec stracił majątek odziedziczony po dziadku Stanisława. Choć ciężko pracował w sklepie, a wszystkie zarobione pieniądze musiał oddawać ojcu. Przy pomocy studentów-subiektów i Ignacego Rzeckiego zdał pomyślnie końcowe egzaminy w Szkole Przygotowawczej i dostał się na wyższy stopień edukacji do Szkoły Głównej.

Po dwóch latach nauki zaangażował się w działalność spiskową i organizację demonstracji religijno-patriotycznych. W końcu przerwał studia i wziął udział w walkach partyzanckich, wskutek czego został zesłany na Syberię. Pobyt w niewoli spożytkował na badania naukowe, dzięki czemu zdobył uznanie w środowisku. Do kraju powrócił w 1870 roku z nadzieją na dalszy rozwój.

Szybko się jednak rozczarował, wygłaszając wewnętrzny monolog - podsumowanie swych aspiracji: „Potem w wielkich konturach przyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem będąc łaknął wiedzy - oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą, będąc subiektem - wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuchcików, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu - prześladowano go porcjami, które niedawno podawał gościom. Odetchnął dopiero na Syberii. Tam mógł pracować, tam zdobył uznanie i przyjaźń Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrócił do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakrzyczano go i odesłano do handlu... " To taki piękny kawałek chleba w tak ciężkich czasach" [Rozdział 8, tom I].

Wziął ślub z wdową po majętnym Janie Minclu, a z kolei po jej śmierci stał się właścicielem dosyć pokaźnego majątku. Żył bez sprecyzowanego celu, pogrążając się w apatii i melancholii. Taki stan trwał do momentu ujrzenia w teatrze panny Izabeli Łęckiej. Aby pokonać przepaść dzielącą go od arystokratki, postanowił zdobyć duży majątek. Pojechał więc na wojnę do Bułgarii, na której, dzięki zajmowaniu się wojskowymi dostawami, powiększył swój fundusz dziesięciokrotnie. Od tej pory bohater zaczął zabiegać o względy ukochanej, co jest głównym tematem powieści.

Ignacy Rzecki - idealista polityczny i jeden z narratorów powieści

Oto w jaki sposób Prus przedstawił tę postać: „Ani jednak ciekawość ogółu, ani fizyczne i duchowe zalety trzech subiektów, ani nawet ustalona reputacja sklepu może nie uchroniłaby go od upadku, gdyby nie zawiadował nim czterdziestoletni pracownik firmy, przyjaciel i zastępca Wokulskiego, pan Ignacy Rzecki" [rozdział pierwszy tomu I]

Ignacy Rzecki był starym kawalerem, o dosyć dziwnym usposobieniu: „Z domu pan Ignacy wychodził rzadko i na krótko i zwykle kręcił się po ulicach, na których mieszkali jego koledzy albo oficjaliści sklepu. Wówczas jego ciemnozielona algierka lub tabaczkowy surdut, popielate spodnie z czarnym lampasem i wypłowiały cylinder, nade wszystko zaś jego nieśmiałe zachowanie się zwracały powszechną uwagę. Pan Ignacy wiedział to i coraz bardziej zniechęcał się do spacerów. Wolał przy święcie kłaść się na łóżku i całymi godzinami patrzeć w swoje zakratowane okno, za którym widać było szary mur sąsiedniego domu, ozdobiony jednym jedynym, również zakratowanym oknem, gdzie czasami stał garnczek masła albo wisiały zwłoki zająca" [rozdział drugi tomu I].

Temu sumiennemu i wymagającemu od innych systematycznej pracy starszemu panu Prus powierzył rolę komentatora akcji w powieści. W jego pamiętniku, odsłaniającym inne - zabawne i spostrzegawcze - oblicze sklepikarza odnajdujemy najbardziej gorzką ocenę XIX wieku: „I to ma być wiek, który nastąpił po XVIII, po tym XVIII wieku, co napisał na swoich sztandarach: wolność, równość, braterstwo? Za cóż ja się, u diabła, biłem z Austriakami? Za co ginęli moi kamraci?".

Pochodził z miejskiego proletariatu, prawdopodobnie z tego powodu żył w myśl zasad sprawiedliwości i równości społecznej. Reprezentował poprzednie romantyczne pokolenie, wierzył cały czas w gwiazdę Bonapartych, w kulcie których został wychowany. Idee te zawiodły go na węgierską równinę, na której walczył w 1848 roku. Praca stanowiła najistotniejszy element w jego życiu, dlatego też, gdy wskutek objęcia sklepu przez Szlangbauma i zasad wprowadzonych przez podejrzliwego i oczekującego bezwzględnej posłuszności Żyda - stracił wszystkie siły.

Józef Osmoła w „Lalce Bolesława Prusa" napisał takie oto słowa o losach starego subiekta: „Marzenia ciągle nie przystawały do rzeczywistości".

Do pogorszenia stanu jego zdrowia i samopoczucia przyczynił się fakt, iż nie udało mu się wyswatać pięknej Heleny Stawskiej z Wokulskim (rzewnie nazywanym w pamiętnikach „Stachem").

Julian Ochocki - idealista naukowy

Oto opis wyglądu nietypowego arystokraty: „Młody człowiek nie dosięgnął jeszcze lat trzydziestu i rzeczywiście odznaczał się niezwykłą fizjognomią. Zdawało się, że ma rysy Napoleona Pierwszego, przysłonięte jakimś obłokiem marzycielstwa" [rozdział jedenasty, tom I].

Ten entuzjasta nauki i techniki, wyznawca pozytywistycznej wiary w dobrodziejstwa nauki, marzył o skonstruowaniu maszyny latającej, która zrewolucjonizowałaby świat i zmieniła życie ludzi: „Co mnie żeniaczka, kobiety, a nawet mikroskopy, stosy i lampy elektryczne? Oszaleję albo... przypnę ludzkości skrzydła...". Nie było jednak dla tych aspiracji miejsca w ówczesnym społeczeństwie i dlatego, nie znajdując warunków do naukowej pracy, opuścił Polskę.

Izabela Łęcka - charakterystyka

Wygląd bohaterki według trzecioosobowego narratora: „Panna Izabela była niepospolicie piękną kobietą. Wszystko w niej było oryginalne i doskonałe. Wzrost więcej niż średni, bardzo kształtna figura, bujne włosy blond z odcieniem popielatym, nosek prosty, usta trochę odchylone, zęby perłowe, ręce i stopy modelowe. Szczególne wrażenie robiły jej oczy, niekiedy ciemne i rozmarzone, niekiedy pełne iskier wesołości, czasem jasnoniebieskie i zimne jak lód. Uderzająca była gra jej fizjognomii. Kiedy mówiła, mówiły jej usta, brwi, nozdrza, ręce, cała postawa, a nade wszystko oczy, którymi zdawało się, że chce przelać swoją duszę w słuchacza. Kiedy słuchała, zdawało się, że chce wypić duszę z opowiadającego. Jej oczy umiały tulić, pieścić, płakać bez łez, palić i mrozić. Niekiedy można było myśleć, że rozmarzona otoczy kogoś rękoma i oprze mu głowę na ramieniu; lecz gdy szczęśliwy topniał z rozkoszy, nagle wykonywała jakiś ruch, który mówił, że schwycić jej niepodobna, gdyż albo wymknie się, albo odepchnie, albo po prostu każe lokajowi wyprowadzić wielbiciela za drzwi..." [rozdział piąty, tom I]. To właśnie w tej postaci, reprezentującej środowisko arystokratyczne, interpretatorzy powieści dostrzegają tytułową lalkę.

Prus skonstruował tę kobietę, będącą obiektem szalonej miłości bohatera (być może nawet powód samobójstwa) jako postać, która pozornie jest dobrze wykształconą damą, znającą się na kulturze, stylu, władającą kilkoma językami. Tak naprawdę jednak jej maniery są powierzchowne, zainteresowania sztuką i kulturą są płytkie (czego przykładem może być ślepe wpatrzenie w kiepskiego włoskiego aktora Rossiego), traktującą przedstawienia teatralne jako możliwość pokazania się w nowym stroju publicznie.

Świat, w którym się wychowała, wpoił w nią przeświadczenie, że jest wyśnionym ideałem każdego mężczyzny, który powinien spełniać każdą jej zachciankę. Tak też potraktowała zakochanego w niej do szaleństwa Stanisława Wokulskiego. Na koniec powieści, gdy „starzejąca się salonowa lalka" wstępuje do klasztoru, decyzję tą komentują doktor Szuman oraz Ochocki: „- Cóż to, czy ma zamiar nawet Pana Boga kokietować, czy tylko chce po wzruszeniach odpocząć, ażeby pewniejszym krokiem wyjść za mąż? - Daj jej pan spokój... to dziwna kobieta (...)".

Tomasz Łęcki - charakterystyka

Oto cytat z rozdziały piątego tomu I, który w pełni oddaje charakter typowego arystokraty: „Pan Tomasz Łęcki był to sześćdziesięciokilkoletni człowiek, niewysoki, pełnej tuszy, krwisty. Nosił nieduże wąsy białe i do góry podczesane włosy, tej samej barwy. Miał siwe, rozumne oczy, postawę wyprostowaną, chodził ostro. Na ulicy ustępowano mu z drogi - a ludzie prości mówili: oto musi być pan z panów. Istotnie, pan Łęcki liczył w swoim rodzie całe szeregi senatorów. Ojciec jego jeszcze posiadał miliony, a on sam za młodu krocie. Później jednak część majątku pochłonęły zdarzenia polityczne, resztę - podróże po Europie i wysokie stosunki. Pan Tomasz bywał bowiem przed rokiem 1870 na dworze francuskim, następnie na wiedeńskim i włoskim. Wiktor Emanuel, oczarowany pięknością jego córki, zaszczycał go swoją przyjaźnią i nawet chciał mu nadać tytuł hrabiego. Nie dziw, że pan Tomasz po śmierci wielkiego króla przez dwa miesiące nosił na kapeluszu krepę (...)".

Choć w momencie, gdy go poznajemy jest bankrutem, nadal jednak szczyci się pochodzeniem z senatorskiego rodu i swoimi licznymi znajomościami ze światową elitą., ma o sobie niezwykle wysokie mniemanie. Nie odczuwa wyrzutów sumienia, że doprowadził siebie i córkę do ruiny majątkowej, przeciwnie, nadal ma głębokie przeświadczenie o swej wybitnej wartości.

Mimo iż bez pomocy Wokulskiego starszy pan umarłby w nędzy, jego dobroczyńca nigdy nie był dla niego kimś więcej, niż galanteryjnym kupcem.

Dzieje Stanisława Wokulskiego

Losy bohatera w ujęciu chronologicznym

Po stracie majątku przez jego rodzinę, młody bohater postanowił samodzielnie zebrać pieniądze na naukę i poszedł do pracy.

Przyjęto go do winiarni Hopfera, w której poznał pracujących studentów. Cały czas ciężko pracował i wciąż się uczył - cechy pozytywisty.

Po jakimś czasie wstąpił do Szkoły Przygotowawczej, a gdy pomyślnie zdał w niej końcowe egzaminy - do Szkoły Głównej.

Przerwał jednak studia i wziął udział w powstaniu styczniowym, przez co został zesłany na Syberię do Irkucka - biografia godna romantyka.

Po powrocie do Warszawy miał duże problemy ze znalezieniem pracy, ale dzięki pomocy przyjaciela - Ignacego Rzeckiego - został przyjęty do sklepu Jana Mincla.

Po śmierci Niemca ożenił się z wdową, dużą starszą Małgorzatą Pfeifer. Małżeństwo mu nie służyło: powoli tracił cel życia, opadał z sił. Gdy nagle został wdowcem i odziedziczył duży majątek po żonie, nie poprawiło to jego samopoczucia.

Na próżno próbował kontynuować młodzieńcze pasje naukowe. Podczas przedstawienia teatralnego spotkał Izabelę Łęcką i zakochał się w romantyczny sposób.

Postanowił zdobyć dla niej majątek i dlatego wyjechał na wojnę rosyjsko-turecką, z której wrócił z pokaźną sumą pieniędzy.

Wszelkimi sposobami (jak pozytywista) próbował zdobyć serce panny Łęckiej: otworzył nowy sklep, założył spółkę do handlu ze Wschodem, prowadził interesy z Rosjaninem Suzinem (praca organiczna) oraz udzielał się charytatywnie: pomógł między innymi prostytutce Mariannie, furmanowi Wysokiemu, a także Węgiełkowi (praca u podstaw).

W efekcie nieszczęśliwej miłości wyjechał do Paryża, gdzie spotkał profesora Geista, nie mogąc jednak uleczyć się z uczucia - wrócił do Warszawy i ponownie oczarowywał Izabelę.

Z jej powodu próbował nawet popełnić samobójstwo (jak romantyk) i wpadł w stan apatii.

Jego losy zakończyły się nagłym zniknięciem: jedni twierdzili, że bohaterowi udało się w końcu zabić co uczynił w ruinach zasławskiego zamku (taka wersja wydarzeń była efektem listu Węgiełka do Rzeckiego i wiadomości od doktora Szumana, któremu ktoś doniósł, że Wokulski kupował dynamit u jednego z górników), drudzy z kolei - że ponownie wyjechał do Paryża i rozpoczął tam współpracę z Geistem (tę wersję wydarzeń potwierdzał wyjazd do stolicy Francji fascynata naukowych wynalazków - Juliana Ochockiego), a jeszcze inni, wierzący w wiadomość od Szlangbauma - że za granicą Stanisław rozpoczął całkiem nowe życie.

Stanisław Wokulski romantyk czy pozytywista

Stanisław Wokulski jest reprezentantem pokolenia dwóch epok.

Cechy romantyka:

- romantyczna biografia młodzieńczego okresu, wątek walki o wolność: Wokulski bierze udział w postaniu styczniowym, poświęcając młodość patriotycznej walce o wolność i niepodległość, za swą miłość do ojczyzny cierpi na syberyjskim zesłaniu;

- romantyczna, nieszczęśliwa i nieodwzajemniona miłość, która jest motorem jego działań, a w której przeszkodą według bohatera są konwenans i stosunki społeczne; idealizowanie swej wybranki do takiego stopnia, iż nie wyobraża sobie życia bez swej „bliźniaczej duszy" i być może nawet popełnia z jej powodu samobójstwo (jedną nieudaną próbę odebrania sobie życia z powodu Izabeli miał już za sobą); jest romantycznym kochankiem podobnym do Gustawa;

- skłonność bohatera do depresji, stanów apatycznych i melancholijnych, głębokich przemyśleń, rozpamiętywania setki razy tej samej sytuacji, wspominania każdego gestu, uśmiechu czy słowa ukochanej;

- indywidualizm;

- skłonność do częstych zmian nastroju, do popadania ze stanów euforycznych a depresyjne;

- niejasne zakończenie życia.

Cechy pozytywisty:

- realizm, racjonalizm, scjentyzm - kluczowe pojęcia epoki; szacunek do nauki, pragnienie wiedzy;

- realizacja ideałów pracy organicznej:

* otworzył nowy sklep,

* założył spółkę do handlu ze Wschodem,

* prowadził interesy z Rosjaninem Suzinem,

oraz pracy u podstaw:

* udzielał się charytatywnie,

* pomógł między innymi prostytutce Mariannie, furmanowi Wysockiemu oraz kamieniarzowi Węgiełkowi;

- popierał działalność naukowców i badaczy (Ochocki, Geist);

- tolerancja dla poglądów i postaw innych;

- akceptował hasła głoszące asymilację Żydów i innych narodowości zamieszkujących Polskę (Szlangbaum, Mincel);

- energia i determinacja w zdobywaniu wykształcenia, majątku (do fortuny doszedł własną pracą i wysiłkiem) oraz w pokonywaniu własnych słabości;

- próbuje zdobyć Izabelę w pozytywistyczny sposób, chcąc uzależnić jej byt od własnego majątku.

Autor powieści dał nam jednoznacznej odpowiedzi, co do kwestii, które cechy zwyciężyły w bohaterze. Nie wiemy czy romantycznie zginął pod gruzami zasławskiego zamku, czy raczej pojechał do Paryża, aby pracować naukowo (pozytywistyczne rozwiązanie).

Pozostali bohaterowie „Lalki"

Książę

Ta postać nie jest znana z imienia i nazwiska. Wiemy o niej tylko tyle: „W swoim towarzystwie książę nosił tytuł zagorzałego patrioty, prawie szowinisty; poza towarzystwem cieszył się opinią jednego z najlepszych obywateli. Bardzo lubił mówić po polsku, a nawet treścią jego francuskich rozmów były interesa publiczne. Był arystokratą od włosów do nagniotków, duszą, sercem, krwią. Wierzył, że każde społeczeństwo składa się z dwu materiałów: zwyczajnego tłumu i klas wybranych. Zwyczajny tłum był dziełem natury i mógł nawet pochodzić od małpy, jak to wbrew

Pismu świętemu utrzymywał Darwin. Lecz klasy wybrane miały jakiś wyższy początek i pochodziły, jeżeli nie od bogów, to przynajmniej od pokrewnych im bohaterów, jak Herkules, Prometeusz, od biedy - Orfeusz" [rozdział jedenasty, tom I]. Książę wierzy, iż arystokracja, której jest reprezentantem, odegra dziejową misję w wyprowadzeniu kraju z nienajlepszego położenia. Tak niestety się nie stało, a jego przywódcze aspiracje ugrzęzły w świecie pustych frazesów i salonowej mistyfikacji.

Michał Szuman

W młodości został zesłany wraz z głównym bohaterem i Henrykiem Szlangbaumem na Syberię za udział w powstaniu styczniowym. W momencie akcji właściwej poznajemy go jako doktora, pasjonata badań nad strukturą ludzkiego włosa, wyznawcę organicyzmu. Oto opis postaci, z rozdziału ósmego, tomu I: „Lekarz, Żyd, stary kawaler, żółty, mały; z czarną brodą, miał reputację dziwaka. Posiadając majątek leczył darmo i o tyle tylko, o ile było mu to potrzebnym do studiów etnograficznych; przyjaciołom zaś swoim raz na zawsze dał jedną receptę: Używaj wszystkich środków, od najmniejszej dozy oleju do największej dozy strychniny, a coś ci z tego pomoże, nawet na - nosaciznę."

Baronowa Krzeszowska

Mieszkała w kamienicy należącej do Łęckich, a potem do Wokulskiego i w niczym nie przypominała kobiet ze swojej klasy: „I machinalnie przypatrywał się niezwykłej fizjognomii damy, która wybierała neseserki. Była ubrana skromnie, miała gładko uczesane włosy. Na jej twarzy białej i razem żółtej malował się głęboki smutek; spoza ust przyciętych wyglądała złość, a ze spuszczonych oczu błyskał czasami gniew, niekiedy pokora" [Rozdział ósmy, tom I]. W opłakiwaniu straty jedynej córeczki nie towarzyszył jej mąż, co był powodem ich zatargu trwającego prawie całą powieść.

Baron Krzeszowski

Prowadził hulaszcze życie, czego dowodzi wypowiedź z rozdziału siedemnastego tomu pierwszego: „Właśnie narzekał przed hrabią na opłakany stan zdrowia. - Niech diabli wezmą - mówił - tak podłe życie! Ojciec zostawił mi wprawdzie pół miliona rubli w dziedzictwie, ale zarazem cztery choroby, z których każda warta milion... Co za niewygoda bez binokli... No i wyobraź sobie hrabia: pieniądze rozeszły się, ale choroby zostały. Że zaś ja sam dorobiłem sobie parę nowych chorób i trochę długów, więc - sytuacja jasna: byłem się szpilką zadrasnął, muszę posyłać po trumnę i rejenta". Wpadł w szpony hazardu po śmierci córki. Chciał w ciągłych rozrywkach i romansach zapomnieć o bólu.

Kazimierz Starski

Był bardzo przystojnym kuzynem Łęckich: „Jednocześnie ukazał się na progu mężczyzna średniego wzrostu, zręczny, śniady, z małymi faworytami i wąsikami, i bardzo nieznaczną łysiną. Miał fizjonomię na pół wesołą, na pół drwiącą" [rozdział dziewiętnasty, tom I], niegdyś konkurentem panny Izabeli, typem fircyka i rozpustnika. Temu arystokratycznemu młodzieńcowi czas upływał na podróżach, przegrywaniu graniu w karty pieniędzy oraz na romansach: „- Ale co dotychczas robił pan Starski? - No, przede wszystkim robił długi. Trochę grał, trochę podróżował (zdaje mi się jednak, że głównie po paryskich i londyńskich knajpach, bo w te jego Chiny wierzyć mi się nie chce), ale specjalnie trudnił się bałamuceniem młodych mężatek. W tym to on mistrz i już ma tak ustaloną reputację, że mężatki wcale mu się nie opierają, a panny wierzą, że do której zacznie się umizgać Starski, natychmiast dostanie męża. Takie dobre zajęcie jak każde inne!..." [rozdział czwarty, tom II].

Profesor Geist

Wokulski spotkał naukowca i wynalazcę w Paryżu: „Gość nie spuszczał z niego oka i uśmiechał się z łagodną ironią; gdy zaś Wokulski otworzył usta, ażeby zapytać go o coś, przerwał mu: - Nie fatyguj się pan... Z tyloma już ludźmi rozmawiałem o ich charakterze i o moich wynalazkach, że z góry odpowiem na to, o czym chcesz się poinformować. Jestem profesor Geist, stary wariat, jak mówią we wszystkich kawiarniach pod uniwersytetem i szkołą politechniczną. Kiedyś nazywano mnie wielkim chemikiem, dopóki... nie wyszedłem poza granicę dziś obowiązujących poglądów chemicznych. Pisałem rozprawy, robiłem wynalazki pod imieniem własnym lub moich wspólników, którzy nawet sumiennie dzielili się ze mną zyskami. Ale od czasu gdym odkrył zjawiska nie mieszczące się w rocznikach Akademii, ogłoszono mnie nie tylko za wariata, ale za heretyka i zdrajcę..." [rozdział drugi, tom II]. Spotkanie to spowodowało w głównym bohaterze powrót sił witalnych i wiaty w swoje siły.

Helena Stawska

Mieszkanka kamienicy Wokulskiego, którą zafascynowany był Rzecki, była całkowitym przeciwieństwem rozpieszczonej Łęckiej. Wychowywała córeczkę i opiekowała się matką, udzielał korepetycji, przez co była przykładem kobiety wyemancypowanej (cały czas czekała jednak na powrót męża, który wyjechał za granicę po oskarżeniu o morderstwo, a gdy prawdziwy zabójca przyznał się do winy i tym samym oczyścił Ludwika - nadal nie wracał).

Oto jak opisuje ją w swym pamiętniku subiekt [rozdział dziesiąty, tom I]:„Otóż bardzo pragnę, ażeby się Stach ożenił, i nawet myślę, że upatrzyłem mu partię. Bywa czasem w naszym magazynie (i bywała w tamtym sklepie) osoba dziwnej urody. Szatynka, szare oczy, rysy cudownie piękne, wzrost okazały, a rączki i nóżki - sam smak!... Patrzyłem, jak raz wysiadała z dorożki, i powiem, że mi się gorąco zrobiło wobec tego, com ujrzał... Ach, miałby poczciwy Stasiek wielki z niej pożytek, bo to i ciałka w miarę, i usteczka jak jagódki... A co za biust!... Kiedy wchodzi ubrana do figury, to myślę, że wszedł anioł, który zleciawszy z nieba, na piersiach złożył sobie skrzydełka!..." [rozdział dziesiąty, tom I].

Arystokracja w „Lalce"

Panoramę tej warstwy społecznej, odnajdziemy w rozdziale 5 pierwszego tomu, gdy Wokulski, zakochując się w Izabeli, poznaje ten zamknięty świat: „Ten świat wiecznej wiosny, gdzie szeleściły jedwabie, rosły tylko rzeźbione drzewa, a glina pokrywała się artystycznymi malowidłami, ten świat miał swoją specjalną ludność. Właściwymi jego mieszkańcami były księżniczki i książęta, hrabianki i hrabiowie tudzież bardzo stara i majętna szlachta obojej płci. Znajdowały się tam jeszcze damy zamężne i panowie żonaci w charakterze gospodarzy domów, matrony strzegące wykwintnego obejścia i dobrych obyczajów i starzy panowie, którzy zasiadali na pierwszych miejscach przy stole, oświadczali młodzież, błogosławili ją i grywali w karty. Byli też biskupi, wizerunki Boga na ziemi, wysocy urzędnicy, których obecność zabezpieczała świat od nieporządków społecznych i trzęsienia ziemi, a nareszcie dzieci, małe cherubiny, zesłane z nieba po to, ażeby starsi mogli urządzać kinderbale".

Reprezentanci

Na pierwszym planie są następujące postacie:

- Tomasz Łęcki wraz z córką Izabelą. Choć jest bankrutem, to jednak stan, do którego doprowadził, nie zaniża jego poczucia wartości, nie powoduje zmiany trybu życia (oto opis mieszkania podupadłego arystokraty, obecny w rozdziale 5 pierwszego tomu: „Pan Tomasz Łęcki z jedyną córką Izabelą i kuzynką panną Florentyną nie mieszkał we własnej kamienicy, lecz wynajmował lokal, złożony z ośmiu pokojów, w stronie Alei Ujazdowskiej. Miał tam salon o trzech oknach, gabinet własny, gabinet córki, sypialnią dla siebie, sypialnią dla córki, pokój stołowy, pokój dla panny Florentyny i garderobę, nie licząc kuchni i mieszkania dla służby, składającej się ze starego kamerdynera Mikołaja, jego żony, która była kucharką, i panny służącej, Anusi.

Mieszkanie posiadało wielkie zalety. Było suche, ciepłe, obszerne, widne. Miało marmurowe schody, gaz, dzwonki elektryczne i wodociągi. (...)Kto tu wszedł, miał swobodę ruchu; nie potrzebował lękać się, że mu coś zastąpi drogę lub że on coś zepsuje. Czekając na gospodarza nie nudził się, otaczały go bowiem rzeczy, które warto było oglądać. Zarazem widok przedmiotów, wyrobionych nie wczoraj i mogących służyć kilku pokoleniom, nastrajał go na jakiś ton uroczysty(...)".

Łęcki wierzy w swój zmysł do interesów. W rzeczywistości nie wyróżnia go nieprzeciętna żyłka do interesów, lecz niski poziom umysłowy i ślepe zamiłowanie do salonowego życia. Z kolei jego piękna latorośl to osóbka odznaczająca się egocentryzmem i wiarą w swój urok, czar i powab (rozpieszczona przez ojca, Izabela od wszystkich czegoś wymaga, w zamian oferując jedynie znajomość etykiety i dobrych manier (a i to nie pozostaje bez zastrzeżenia).

- Kazimierz Starski - amoralny i cyniczny bawidamek, stawiający sobie za cel życia cielesne uciechy i ciągłą zabawę, by gdy przyjdzie czas - poślubić jakąś majętną pannę z posagiem lub bogatą wdówkę (dlatego też tak usilnie zabiegał o względy pani Wąsowskiej). Aby stać się właścicielem majątku umierającej ciotki, prezesowej Zasławskiej, czuwał przy jej łóżku dniami i nocami, a gdy okazało się, że zapisała mu tylko niewielką cześć - zamierzał unieważnić testament.

Książę - choć popiera projekt założenia Spółki do handlu ze Wschodem i jako z nielicznych sportretowanych w powieści arystokratów - pragnie coś zrobić dla „nieszczęsnego kraju", to jednak brak mu energii i zdolności umysłowych potrzebnych do wyprowadzenia ojczyzny ze złej sytuacji (do jakiej doprowadzili ją jego przodkowie).

- hrabina Karolowa, czyli ciotka Izabeli, będąca kobietą lubującą się w plotkach, rautach i spotkaniach towarzyskich.

-panna Florentyna, uboga krewna państwa Łęckich, niezdolna do innego życia niż dotychczasowe, upływające na prowadzeniu domu swych krewnych

Na drugim planie powieści występują:

- skłócone małżeństwo baronostwa Krzeszowskich (baron, zamiast wspierać żonę po stracie jedynej i ukochanej córeczki, roztrwonił majątek grając na wyścigach, a znerwicowana żona, nie mogąc liczyć na jego wsparcie, wplątała się w zatargi z sąsiadami),

- baron Dalski. W chwili poznania go w książce, ten podstarzały mężczyzna zachwyca się urodą swej dużo młodszej narzeczonej, wypełniając sobie oczekiwania do sakramentu meblowaniem domu i wizytami w majątku prezesowej Zasławskiej, babki dziewczyny. Potem w następnych rozdziałach dowiadujemy się o rozwodzie zakochanego niegdyś barona z niewierną Eweliną (zdradziła go z przystojnym Kaziem Starskim). W efekcie przedstawia się nam jako zdziecinniały, zaślepiony uczuciem do młodziutkiej wybranki swego serca, a potem jako ośmieszony rozwodnik.

Jedynymi pozytywnymi postaciami pochodzącymi z tej grupy społecznej są:

- Starsza pani, prezesowa Zasławska, zakochana niegdyś w stryju Stanisława Wokulskiego, a w momencie akcji powieści dająca przykład wzorowo prowadzącego majątku (z ochronkami dla chłopskich dzieci, dbałością o służbę i fornali). Pozytywne cechy tej postaci uwypuklają się w wyniku nie zaaprobowania sposobu, w jaki Izabela traktowała głównego bohatera. Kobieta nie darzyła wybranki lubianego Stanisława względami twierdząc, iż w prawdziwej miłości nie istnieją klasowe bariery, 

- Julian Ochocki, pozytywistyczny entuzjasta nauki i wynalazca,

Przy pierwszym poznaniu na kartach powieści wydała się odrobinę cyniczna i kokietująca wszystkich pani Wąsowska (pozbawiona nadziei ze strony głównego bohatera na przyszły romans, skierowała swą pozorną życzliwosć w stronę swego stałego adoratora - fircyka Starskiego), a tak okazała się mądrą i ciepłą kobietą, zaufaną prezesowej Zasławskiej.

Prócz tej trójki, Prus oskarża całą arystokrację o poważne przewinienie, a mianowicie o przyczynienie się do upadku kraju, o dbanie jedynie o własne sprawy, kosztem narodowych interesów. Przypisuje arystokracji w powieści takie cechy, jak:

- pasożytnictwo („- Nie, pani, nie mogę być wrogiem tych, którzy w niczym mi nie szkodzą. Sądzę tylko, że zajmują oni uprzywilejowane miejsca bez zasługi i że dla utrzymania się na nich apostołują w społeczeństwach pogardę dla pracy, a cześć dla próżniaczego zbytku" [Wokulski w rozmowie z Izabelą; rozdział piąty, tom II],

- próżniactwo („Czym jestem w jej [Izabeli] oczach obok tych wykwintnisiów, dla których pusta rozmowa, koncept, kompliment stanowią najwyższą treść życia"; rozdział drugi, tom II),

 - egoizm,

 - nihilizm,

 - tępota panien, których czas upływa na plotkach i szukaniu męża („Podczas pewnego balu rzekła [Izabela Łęcka] do panny Pantarkiewiczówny: - Nigdy tak dobrze nie bawiłam się w Warszawie jak tego roku.- Bo jesteś zachwycająca - odpowiedziała krótko panna Pantarkiewiczówna zasłaniając się wachlarzem, jakby chciała ukryć mimowolne ziewnięcie... - Panny "w tym wieku" umieją być interesujące - odezwała się na cały głos pani z de Ginsów Upadalska do pani z Fertalskich Wywrotnickiej. Ruch wachlarza panny Pantarkiewiczówny i słówko pani z de Ginsów Upadalskiej zastanowiły pannę Izabelę. Za dużo miała rozumu, ażeby nie zorientować się w sytuacji, jeszcze tak jaskrawo oświetlonej. "Cóż to za wiek? - myślała. - Dwadzieścia pięć lat jeszcze nie stanowią <>... Co one mówią?..." [rozdział dziesiąty, tom II],

- degeneracja („- Niestety!... - westchnął Ochocki. - Wyobraź pan sobie klasę ludzi majętnych lub zamożnych, którzy dobrze jedzą, a niewiele robią. Człowiek musi w jakiś sposób zużywać siły; więc jeżeli nie pracuje, musi wpaść w rozpustę, a przynajmniej drażnić nerwy... I do rozpusty zaś, i do drażnienia nerwów potrzebne są kobiety piękne, eleganckie, dowcipne, świetnie wychowane, a raczej wytresowane w tym właśnie kierunku... Toż to ich jedyna kariera..." [rozdział siedemnasty tomu II]),

- zbytkowny tryb życia („- A tak rachowałem - prawił pan Łęcki - że od pięćdziesięciu tysięcy dasz mi z dziesięć tysięcy rocznie. Na utrzymanie domu wychodzi mi sześć do ośmiu tysięcy, więc za resztę moglibyśmy z Belą co roku wyjeżdżać za granicę. Obiecałem nawet dziecku, że za tydzień pojedziemy do Paryża... Akurat!... Sześć tysięcy rubli ledwie wystarczą na nędzne istnienie, a o podróżach ani myśleć... Nikczemny Żyd...Nikczemne społeczeństwo, które tak ulega lichwiarzom, że nie śmie z nimi walczyć nawet przy licytacji... A co mnie najwięcej boli, powiem ci, to okoliczność, że za tym nędznym Szlangbaumem może ukrywać się jaki chrześcijanin, nawet arystokrata..." [rozdział dziewiętnasty, tom I]),

- gonitw za rozrywkami („Wielki post nie był tak nudny, jak obawiano się w modnym świecie. Naprzód Opatrzność zesłała wezbranie Wisły, co dało powód do publicznego koncertu i kilku prywatnych wieczorów z muzyką i deklamacją. (...)We wszystkich tych filantropijnych zajęciach panna Izabela przyjmowała czynny udział. Bywała na koncertach, zajmowała się wręczeniem bukietu uczonemu krakowianinowi, występowała w żywym obrazie w roli anioła litości i grała w sztuce Musseta Nie igra się z miłością. Panowie Niwiński, Malborg, Rydzewski i Pieczarkowski prawie zasypali ją bukietami, a pan Szastalski zwierzył się kilku damom, że prawdopodobnie w tym jeszcze roku będzie musiał odebrać sobie życie." [rozdział jedenasty, tom II]),

- brak energii (tę cechę wytyka arystokracji Ochocki w rozmowie z Wokulskim w rozdziale jedenastym tomu I: „- Winszuję panu zupełnego triumfu - rzekł półgłosem. - Książę formalnie zakochany w panu, obaj hrabiowie i baron toż samo... Oryginały to są, jak pan widział, ale ludzie dobrych chęci... Chcieliby coś robić, mają nawet rozum i ukształcenie, ale... energii brak!... Choroba woli, panie: cała klasa jest nią dotknięta... Wszystko mają: pieniądze, tytuły, poważanie, nawet powodzenie u kobiet, więc niczego nie pragną. Bez tej zaś sprężyny, panie Wokulski, muszą być narzędziem w ręku ludzi nowych i ambitnych... My, panie, my jeszcze wielu rzeczy pragniemy (...)"),

- nieuzasadniona pycha z powodu swego arystokratycznego pochodzenia („-Szacunek!... - zawołał śmiejąc się Wokulski. - Czy książę sądzi, że nie zrozumiałem, na czym on polegał i jakie zapewniał mi stanowisko między wami?... Pan Szastalski, pan Niwiński, nawet... pan Starski, który nigdy nic nie robił i nie wiadomo skąd brał pieniądze, o dziesięć pięter stali wyżej ode mnie w waszym szacunku. Co mówię... Lada zagraniczny przybłęda bez trudu dostawał się do waszych salonów, które ja musiałem dopiero zdobywać, choćby... piętnastym procentem od powierzonych mi kapitałów!... To oni, to ci ludzie, nie ja, posiadali wasz szacunek, ba! mieli nierównie rozleglejsze przywileje... Choć każdy z tych wyżej oszacowanych mniej jest wart aniżeli mój szwajcar sklepowy, bo on coś robi i przynajmniej nie gnoi ogółu..." [Wokulski w rozmowie z księciem; rozdział piętnasty, tom II],

- pogarda dla ludzi pracy, dla służby („- Proszę pana!... - odparła pani Misiewiczowa trzęsąc ręką. Znamy tu jedną magazynierkę, której te panie dają roboty, bo jest bardzo zręczna i tania. Łzami się nieraz zalewa, kiedy od nich wraca. Ile się trzeba naczekać z przymierzeniem sukni, z poprawieniem, z rachunkiem... A jaki ton w rozmowie, jakie impertynencje, jakie targi... Ta magazynierka mówi (jak dobrze życzę!), że woli mieć do czynienia z czterema Żydówkami aniżeli z jedną wielką damą. Choć teraz i Żydówki psują się: gdy która zbogaci się, zaraz zaczyna mówić tylko po francusku, targować się i grymasić" [rozdział dziewiąty, tom II]),

- brak patriotyzmu,

- brak własnej godności (gonitwa za posagiem), czego przykładem jest fragment traktujący o zajęciach arystokracji: „Od południa składano sobie i oddawano wizyty i rewizyty albo zjeżdżano się w magazynach. Ku wieczorowi bawiono się przed obiadem, w czasie obiadu i po obiedzie. Potem jechano na koncert lub do teatru, ażeby tam zobaczyć inny sztuczny świat, gdzie bohaterowie rzadko kiedy jedzą i pracują, ale za to wciąż gadają sami do siebie- gdzie niewierność kobiet staje się źródłem wielkich katastrof i gdzie kochanek, zabity przez męża w piątym akcie, na drugi dzień zmartwychwstaje w pierwszym akcie, ażeby popełniać te same błędy i gadać do siebie nie będąc słyszanym przez osoby obok stojące. Po wyjściu z teatru znowu zbierano się w salonach, gdzie służba roznosiła zimne i gorące napoje, najęci artyści śpiewali, młode mężatki słuchały opowiadań porąbanego kapitana o murzyńskiej księżniczce, panny rozmawiały z poetami o powinowactwie dusz, starsi panowie wykładali inżynierom swoje poglądy na inżynierią, a damy w średnim wieku półsłówkami i spojrzeniami walczyły między sobą o podróżnika, który jadł ludzkie mięso. Potem zasiadano do kolacji, gdzie usta jadły, żołądki trawiły, a buciki rozmawiały o uczuciach lodowatych serc i marzeniach głów niezawrotnych. A potem - rozjeżdżano się, ażeby w śnie rzeczywistym nabrać sił do snu życia" [rozdział 5, tom I]. 

Bolesław Prus na kartach „Lalki" bardzo dokładnie sportretował tę grupę społeczną, pełniącą w dziewiętnastowiecznej Polsce już nie tak znaczącą rolę, tak jak w czasach Pierwszej Rzeczpospolitej. Płaszczyzną, na której wykazywała się klasa arystokratyczna, nie była już aktywność w dziedzinie polityki czy stosunków międzynarodowych, a jedynie sfera przyjęć czy ogromnych balów, urozmaicających realia tamtej Warszawy. Pisarz doskonałe przedstawił powolny proces, gdy w miejsce zapatrzonych w przeszłość Tomaszów Łęckich czy próżnych i cynicznych fircyków w stylu Kazia Starskiego, wchodzili ludzie typu aktywisty Juliana Ochockiego czy dbającej o godny poziom życia swej służby - prezesowej Zasławskiej.

W swym realistycznym spojrzeniu okiem wnikliwego obserwatora nie dokonał jednostronnej, a co za tym idzie prostej oceny arystokratycznego środowiska.

Widać to bardzo wyraźnie w postawach postaci wobec ojczyzny: od kosmopolityzmu, zachwytu tym, co obce, przy jednoczesnej negacji tego, co polskie (Starski), poprzez, najczęściej widoczną, obojętność na sprawy narodu (przykładem mogą być poglądy wygłaszane przez Tomasza Łęckiego czy barona Krzeszowskiego, pragnących jedynie przyjęć, dóbr materialnych, i przede wszystkim niezmienności swej społecznej pozycji wśród hierarchii arystokratycznych osobliwości), aż do patriotycznej postawy tajemniczego Księcia (któremu jednak ewidentnie brak zdolności przywódczych do wyciągnięcia kraju z marazmu).

W ich świecie prawdę i prostolinijność zastąpiły obłuda i zakłamanie. Panna Izabela zaangażowała się w działalność filantropijną nie z potrzeby niesienia pomocy, lecz w celu podtrzymania kontaktów towarzyskich i zwielokrotnienia możliwości pokazania się w nowych kreacjach. Dla niej wyznacznikiem wartości człowieka były nie jego czyny, lecz pochodzenie i nazwisko. Ślepo zapatrzona w podrzędnych, lecz popularnych w „wielkim świecie" artystów typu tragik Rossi czy skrzypek Molinari, dawała wielokrotne przykłady nie swej rozgłaszanej wszem i wobec znajomości sztuki, lecz całkowitego braku zmysłu estetycznego. Ta salonowa lalka była do kupienia dla każdego, kto gotów był zaoferować oczekiwane przez nią warunki. Na szczęście Wokulski szybko dojrzał prawdziwe oblicze arystokratki i nie doszło do transakcji, czyli jej pojmowania sakramentu małżeństwa. Jej postawa była żywym przykładem zasad panujących w środowisku, w którym się urodziła.

Na szczęście arystokracja ma na kartach powieści także pozytywnych przedstawicieli. Jednostką godną podziwu jest między innymi Julian Ochocki, entuzjasta nauki, gotowy poświęcić całe życie dla dobra postępu w technice i wynalezieniu maszyny latającej. Nie interesują go rauty, podróże, wizyty w teatrze czy salonowe miłostki. Jest to w stanie zamienić na ciasną pracownię, w której, pracując nad doskonaleniem niedoskonałego świata, byłby szczęśliwy.

„Lalka" to bogaty przegląd salonowych osobistości.

Ludność żydowska w „Lalce"

W polskiej zbiorowej świadomości stosunki polsko-żydowkie są chyba najmocniej obciążone stereotypami. Gdy w połowie dziewiętnastego wieku, w dobie epoki pozytywizmu, pojawiła się idea asymilacji nacji wyznania mojżeszowego, czyli wyrwania jej z izolacji społecznej i politycznej i zaakceptowania jej aktywności na różnych polach życia - Bolesław Prus swym realistyczno-krytycznym okiem pokazał, iż hasło głoszone wszem i wobec jest tylko złudnym marzeniem, nie dostosowanym do ówczesnej rzeczywistości. 

W swej powieści opisał dzieje Henryka Szlangbauma. Mężczyzna w młodości za udział w powstaniu styczniowym został zesłany na Syberię. Po powrocie , aby się spełnić wymagania mieszkańców Warszawy i zasymilować się - zmienił nazwisko na Szlangowski. Nie przyniosło to jednak efektu, ponieważ ze strony polskiego społeczeństwa spotkał go ostracyzm. Przykładem złego traktowania jest zachowanie sklepowych subiektów, o którym czytamy w rozdziale dziesiątym tomu pierwszego: „- Stachu - rzekł pokornym głosem - utonę na Nalewkach, jeżeli mnie nie przygarniesz. - Dlaczego żeś od razu do mnie nie przyszedł? - spytał Stach. - Nie śmiałem... Bałem się, żeby nie mówili o mnie, że Żyd musi się wszędzie wkręcić. I dziś nie przyszedłbym, gdyby nie troska o dzieci. Stach wzruszył ramionami i natychmiast przyjął Szlangbauma z pensją półtora tysiąca rubli rocznie. Nowy subiekt od razu wziął się do roboty, a w pół godziny później mruknął Lisiecki do Klejna: - Co tu, u diabła, tak czosnek zalatuje, panie Klejn?... Zaś w kwadrans później, nie wiem już z jakiej racji, dodał: - Jak te kanalie Żydy cisną się na Krakowskie Przedmieście! Nie mógłby to parch, jeden z drugim, pilnować się Nalewek albo Świętojerskiej? Szlangbaum milczał, tylko drgały mu czerwone powieki".

To okazywanie pogardy i szykanowanie nie mogło się pomieścić w romantycznej i idealistycznym postrzeganiu świata przez Ignacego Rzeckiego: „Otóż Szlangbaum jest w całym znaczeniu porządnym obywatelem, a mimo to wszyscy go nie lubią, gdyż - ma nieszczęście być starozakonnym (...)".

Na pytanie starego subiekta, dlaczego Henryk się nie ochrzci, co byłoby równoznaczne z ostatecznym zerwaniem ze społecznością żydowską i przystąpieniem do Polaków, nękany wyzwiskami i groźbami Szlangowski odpowiedział: „Zrobiłbym to przed laty, ale nie dziś. Dziś zrozumiałem, że jako Żyd jestem tylko nienawistny dla chrześcijan, a jako meches [przechrzta] byłbym wstrętny i dla chrześcijan, i dla Żydów" po czym gorzko podsumował: „Trzeba przecie z kimś żyć". W końcu wrócił na łono rodziny, by stać się prawdziwym Szlangbaumem, zajętym robieniem pieniędzy.

W finale powieści zajął miejsce opuszczone przez głównego bohatera.

Jacek Ingot, autor rozdziału „Żydzi" w „Maturze pisemnej 2003" napisał: „(...) wizjonera i społecznika zastępuje bezwzględny dorobkiewicz".

Henryk Szlangbaum z patrioty marzącego o uczestniczeniu w poprawie życia społeczeństwa, wskutek odrzucenia przez to społeczeństwo, zamienił się w bezwzględnego, aroganckiego i pogardliwego (kazał śledzić Rzeckiego, posądzając starego subiekta o wynoszenie towarów) spadkobiercę żydowskiej fortuny i zasad.

Dopiero po tej przemianie społeczeństwo, które go najpierw odrzuciło, pokazało mu miejsce w swych szeregach. Można powiedzieć, iż samo stworzyło podstępnego lichwiarza (podobne rozczarowanie wykluczeniem ze społeczeństwa spotkało głównego bohatera, nie mogącego znaleźć miejsca ani wśród uczonych, ani wśród kupców).

Ignacy Rzecki, komentator obserwowanych tendencji, zauważył w dziewiętnastowiecznej Warszawie niepokojące skłonności, wśród których wyróżnił lekceważący stosunek mieszczaństwa do nacji żydowskiej, czego przykładem może być wypowiedź Lisieckiego: „Żydzi, panie, Żydzi - dodał - jak zwąchają jego projekta, dadzą mu łupnia. - Co tam Żydzi...- Żydzi, mówię, Zydzi!... Wszystkich trzymają za łeb i nie pozwolą, ażeby im bruździł jakiś Wokulski, nie Żyd ani nawet meches" (cytat z rozmowy Lisieckiego, Rzeckiego i Klejna z rozdziału siódmego pierwszego tomu) czy nawet obawy samego autora pamiętników: „- Z tymi Żydami to może być kiedyś głupia awantura. Tak nas duszą, tak nas ze wszystkich miejsc wysadzają, tak nas wykupują, że trudno poradzić z nimi. Już my ich nie przeszachrujemy, to darmo, ale jak przyjdzie na gołe łby i pięści, zobaczymy, kto kogo przetrzyma" (fragment obaw Ignacego Rzeckiego z jego pamiętnika - rozdział dziewiąty, tom II), rodzenie się wskutek tego haseł antysemickich, wygłaszanych przez bohaterów utworu, np. w rozdziale ósmym tomu pierwszego czytamy słowa wspomnianego już Lisieckiego: „- Zerwać z Żydami - wtrącił półgłosem Lisiecki. - Bardzo dobrze robi szef wycofując się z tych parszywych stosunków. Nieraz aż wstyd wydawać reszty, tak pieniądze zalatują cebulą".

Ludności niemiecka w „Lalce"

Bolesław Prus w swej powieści przedstawił Niemców w sposób stosunkowo ciepły i interesujący.

O tej narodowości dowiadujemy się głównie z Pamiętników starego subiekta. Ignacy Rzecki opisuje tam wielopokoleniową, mieszczańska rodzinę Minclów (spolszczonych Niemców), zajmującą się handlem. Cechuje ich ogromna pracowitość (wręcz kult pracy - nawet w niedzielę), zaradność, wytrwałość, oszczędność (młody Ignacy musi wyliczać się ze spożytkowania zarobionych pieniędzy swemu pracodawcy: „Nierobienie oszczędności, a raczej nieodkładanie co dzień choćby kilku groszy, było w oczach Mincla takim występkiem jak kradzież. Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru subiektów i kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął, że nic sobie nie oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był ostatnim ich pobytu. Nie pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po rękach, nawet upadanie do nóg. Stary nie ruszył się z fotelu, nie patrzył na petentów, tylko wskazując palcem drzwi wymawiał jeden wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczędności stała się już u niego chorobliwym dziwactwem." - rozdział trzeci, tom I), jak również ograniczone postrzeganie świata, brak wrażliwości czy przyziemność (przykładem tego może być zdziwienie matki Mincla, gdy dowiaduje się, iż Rzecki i Katz porzucają „doskonałą" pracę w sklepie i udają się walczyć o „cudzą" sprawę - chodzi o powstanie na Węgrzech).

Ewa Paczoska, autorka książki „Lalka czyli rozpad świata", stawia tezę, iż starsi reprezentanci omawianej rodzinny stanowią „(...) uosobienie stereotypu Niemca, na który składają się takie cechy, jak: nade wszystko »ordnung«, oszczędność posunięta do sknerstwa, (...) dbałość o interes przybierająca postać fobii" (np. w momencie sfingowania przez starego Mincla napadu na sklep w celu napędzenia klientów), ograniczoność horyzontów intelektualnych, brak wyobraźni, porywów fantazji, nieuleganie emocjom).

W tej rodzinie jedynie horyzonty i plany Jana Mincla wykraczały poza budynek i sprawy związane ze sklepem. Prus stworzeniem tej postaci dał literacki przykład Niemca zafascynowanego naszym narodem (z tego oryginalnego wśród jego rodaków zainteresowania drwi jego brat Franz). Aby choć w najmniejszej część potwierdzić polskość swych przodków - poszukuje wśród dziadów i pradziadów Polaków, próbuje odnaleźć „stare dyplomy", z okazji polskich świąt nakłada kontusz oraz uczestniczy w naszych narodowych wiecach i manifestacjach.

Paczoska zwraca uwagę, iż to właśnie młody Mincel: „(...) wyciąga Rzeckiego z więzienia w Zamościu (uzależniając od jego powrotu swój ożenek z Polka, możliwy dopiero po spełnieniu obowiązku patriotycznego) i wita go okrzykiem: »Aleś ty walił Szwabów«".

Zdeklasowana szlachta w „Lalce"

Przedstawicieli tej warstwy w powieści nie odnajdziemy wielu. Są to między innymi: ojciec Wokulskiego (przeznaczający wszystkie pieniądze na odzyskanie spadku po ojcu, oceniający ludzi według urodzenia i statusu majątkowego i przejawiający wielokrotnie skłonności do popadania w nieuzasadniona złość) oraz Wirski (popadł w ruinę trwoniąc swój majątek, którego nie potrafił utrzymać po zaprowadzeniu zmian formy własności). Po uwłaszczeniu chłopów ludzie ci nie potrafili już gospodarować, a zamiast odnaleźć się w nowej rzeczywistości - nadal trwonili pieniądze (byli w tym względzie podobni do arystokracji). W końcu spadli bardzo boleśnie ze społecznych szczytów.

Dopiero następne pokolenie po nich, reprezentantką którego jest pani Stawska, przyzwyczaja się do nowych realiów. Kobieta pozostawiona przez ucieczkę męża za granicę bez środków do życia, nie czekała na cud, lecz śmiało o prężnie podjęła się udzielania korepetycji, a potem, dzięki pomocy Wokulskiego, zastanawiała się nawet nad otworzeniem własnego sklepu.

Mieszczaństwo w „Lalce"

To środowisko zróżnicowane pod względem narodowościowym (na niemieckie, żydowskie i polskie, posiadające cechy i przywary charakterystyczne dla swej nacji, np. obrotni i sprytni Żydzi) i majątkowym można podzielić według dwóch kryteriów:

1) pod względem wieku na:

- stare

Przykładem może być kupiec Jan Mincel, spolszczony Niemiec. Ten pracowity i uczciwy mężczyzna ciężką pracą dorobił się sklepu w centrum Warszawy: „Obiady w dzień powszedni jadaliśmy w sklepie, naprzód dwaj młodzi Minclowie i August Katz, a następnie ja z pryncypałem. W czasie święta wszyscy zbieraliśmy się na górze i zasiadaliśmy do jednego stołu. Na każdą Wigilię Bożego Narodzenia Mincel dawał nam podarunki, a jego matka w największym sekrecie urządzała nam (i swemu synowi) choinkę. (...)Za mojej pamięci przewinęło się przez nasz sklep paru subiektów i kilku uczniów, których pryncypał dlatego tylko usunął, że nic sobie nie oszczędzili. Dzień, w którym się to wydało, był ostatnim ich pobytu. Nie pomogły obietnice, zaklęcia, całowania po rękach, nawet upadanie do nóg. Stary nie ruszył się z fotelu, nie patrzył na petentów, tylko wskazując palcem drzwi wymawiał jeden wyraz: fort! fort!... Zasada robienia oszczędności stała się już u niego chorobliwym dziwactwem." [rozdział trzeci, tom I]. Jest reprezentantem oszczędnych i zapobiegliwych handlowców (w myśl takich zasad wychował syna Jana, który odziedziczył po nim rodzinny interes); 

- średnie 

Reprezentanci średniego pokolenia mieszczan to między innymi Ignacy Rzecki oraz August Katz, którzy, oddając się sumiennej pracy - realizują przy tym romantyczne ideały w młodości, walcząc „za wolność naszą i waszą";

 - nowe

Główny bohater powieści, przedsiębiorczy i energiczny Stach, robi błyskawiczną karierę, dziesięciokrotnie powiększając pozostawiony przez żonę majątek dzięki sytuacji powstałej na ziemiach polskich po powstaniu styczniowym (zajmuje się międzynarodowym handlem).

2) według narodowości na:

- polskie: handlowiec Wokulski, drobni kupcy i rzemieślnicy Szprot i Węgrowicz, inteligenci: pani Meliton oraz pani Stawska, subiekci: Mraczewski, Zięba, Lisiecki, adwokaci, studenci: Patkiewicz i Maleski, służące, lokaje,

- pochodzenia niemieckiego - Minclowie, Hopfer,

- pochodzenia żydowskiego - Szlangbaumowie, Klejn, Szuman.

Ówczesna sytuacja gospodarcza kraju (polski przemysł zdominowany przez obcy kapitał, wykluczający obsadzanie wyższych stanowisk Polakami, zajmującymi zazwyczaj źle płatne posady parobków) spowodowała, iż mieszczanie mieli w Polsce nieduże możliwości rozwoju. To jednak nie usprawiedliwia ich w oczach Prusa, który negatywnie ocenił tę warstwę w utworze (przykładem tego mogą być postacie Lisieckiego i Mraczewskiego, nieodpowiedzialnych w pracy, myślących tylko o zabawie, pozbawionych krzty refleksji).

Mieszczaństwo w powieści nie wykazuje, podobnie jak arystokracja, inicjatywy i energii. Każdy przejaw samodzielnej pracy jest traktowany jako objaw szaleństwa i przybiera postać inicjatywy skazanej z góry na niepowodzenie. Przykładem może być tutaj działalność przedstawicielki biednej inteligencji - Heleny Stawskiej. Gdy podjęła się jakiejś aktywności zarobkowej, spotkało się to nie tylko ze zdziwieniem, ale nawet z posądzeniem ją o złe prowadzenie (baronowa Krzeszowska zarzuciła kobiecie romans z jej mężem, posądziła o kradzież lalki, a gdy pani Helena zaprzyjaźniła się z Wokulskim i korzystała z jego rad - nazwano ją utrzymanką tego galanteryjnego kupca).

Aby jeszcze bardziej uwypuklić niezorganizowanie i niechęć do pracy mieszczaństwa polskiego, Prus opisał bardzo szczegółowo działalność handlową pracowitych, oszczędnych Żydów i konsekwentnych Niemców. Ci, w przeciwieństwie do Polaków, byli solidarni w swych inicjatywach, mieli poczucie narodowej spójności.

Lud miejski w „Lalce"

Postaci wywodzące się z tej klasy, choć są ukazane w wątkach epizodycznych, to jednak tak skonstruowanych, by w czytelniku na długo po lekturze pozostała świadomość niższości społecznej ludzi krzywdzonych, pozbawionych jakiejkolwiek szansy poprawy swej sytuacji czy możliwości rozwoju, bez pomocy kogoś takiego, jak Stanisław Wokulski. Oto przykłady:

- rodzina Wysockich, czyli furman z rodziną, wyciągnięty przez bohatera z nędzy, oraz jego brat - dróżnik, przeniesiony do lepszej pracy dzięki Stanisławowi (to właśnie dróżnik Wysocki uratował niedoszłego samobójcę spod kół pędzącego pociągu).

- kamieniarz i drobny rzemieślnik Węgiełek („(...) Dawniej robiłem stolarszczyznę i nie mogłem nadążyć. Za jakie parę lat odłożyłbym z tysiąc rubli. Ale spaliłem się tamtego roku i już nie mogę przyjść do siebie. Drzewo, warsztaty, wszystko poszło na węgiel, a mówię łasce pana, był taki ogień, że najtwardsze pilniki stopiły się jak smoła. Kiedym spojrzał na pogorzel, tom ino plunął ze złości, ale dziś nawet mi szkoda tej śliny... - Odbudowałeś się? Masz warsztat? - Ehe! panie... Odbudowałem w ogrodzie chałupę jak barak, żeby matka miała gdzie gotować, ale warsztaty... Toż by na to, panie, trzeba pięćset rubli gotowego grosza, słowo honoru daję, jak mi Bóg miły...Ileż to przecie lat ojciec nieboszczyk harował, nim postawił dom i zebrał naczynie" [w rozmowie z Wokulskim; rozdział szósty, tom II]). Ten wrażliwy bohater żeni się pod koniec powieści z niedawną prostytutką, w której jest zakochany. Rodzinne szczęście legnie w gruzach z chwilą spotkania Starskiego - zjawy z przeszłości dziewczyny.

- młoda prostytutka Marianna, która dzięki pomocy Wokulskiego skończyła ze sprzedawaniem swego ciała (Stanisław zarekomendował ją do nauki szycia, prowadzonej przez zakonnice magdalenki, a potem postarał się, by zaczęła wieść godne życie pod opieką rodziny furmana Wysockiego).

Symbolem nędzy proletariatu jest sugestywny, naturalistyczny obraz Powiśla podczas spaceru Stacha w rozdziale ósmym tomu pierwszego: „Zatrzymał się w połowie drogi i patrzył na ciągnącą się u jego stóp dzielnicę między Nowym Zjazdem i Tamką. Uderzyło go podobieństwo do drabiny, której jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi - linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek poprzecznych formują jakby szczeble. (...)Wokulski doszedł do brzegu Wisły i zdumiał się. Na kilkumorgowej przestrzeni wznosił się tu pagórek najobrzydliwszych śmieci, cuchnących, nieomal ruszających się pod słońcem, a o kilkadziesiąt kroków dalej leżały zbiorniki wody, którą piła Warszawa. (...)Na stoku i w szczelinach obmierzłego wzgórza spostrzegł niby postacie ludzkie. Było tu kilku drzemiących na słońcu pijaków czy złodziei, dwie śmieciarki i jedna kochająca się para, złożona z trędowatej kobiety i suchotniczego mężczyzny, który nie miał nosa".

Nędzarze nie przypominali ludzi, lecz: „(...) widma ukrytych tutaj chorób, które odziały się w wykopane w tym miejscu szmaty. Wszystkie te indywidua zwietrzyły obcego człowieka; nawet śpiący podnieśli głowy i z wyrazem zdziczałych psów przypatrywali się gościowi".

Podziel się
oceń
0
0


Komentarze do wpisu

Skocz do dodawania komentarzy

Zapamiętaj Nick

Zapamiętaj Blog

Wstaw emotikona

Akceptuję regulamin i zobowiązuję się do przestrzegania jego postanowień.

czwartek, 23 października 2014

Licznik odwiedzin:  750 743  

Wyniki ankiety

W wakacje:

Jestem cały czas w domu.: 36%
Wyjeżdżam.: 64%

Łączna liczba głosów: 8810

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O mnie

Zareklamuj swojego bloga!

O moim bloogu

Jeśli chcesz być na bieżąco, kliknij "LUBIE TO".

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 750743
Punkty konkursowe: 0
Bloog istnieje od: 1559 dni

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl